Kilka osób już pisało, że czeka na wrażenia, a ja szczerze nie wiem co napisać.
Zastanawiałem się nad pójściem na górę o wschodzie słońca, jednak stwierdziłem, że pójdę później, zostanę do końca na zachód słońca, a w drodze powrotnej jeszcze porobię zdjęcia gwiazd (tak, tak, zwyczajnie nie chciało mi się wstawać).
Z Aguas Calientes na Machu Picchu można dojechać busem – $24 w dwie strony, lub pójść piechotą – 1,5h. Żeby zaoszczędzić i porobić zdjęcia wybrałem oczywiście drugą opcję. Pospałem, ogarnąłem się, poszedłem na obiad i spokojnie ruszyłem w stronę ruin.
Przeszedłem kilka kilometrów i.. szczęście, że mają jakąś budkę na dole u podnóża góry, gdzie ochroniarz wstępnie sprawdza bilety. Byłem pewien, że można je kupić przy wejściu, na górze, jednak jak widać byłoby to zbyt logiczne. Zrezygnowany ruszyłem spowrotem, wstąpiłem pooglądać motylki, a następnie udałem się do biura z biletami. Myślałem, żeby zostać jeszcze jedną noc, ale wziąłem bilet na ten sam dzień i busa w jedną stronę na górę (zamykają o 17, a była już prawie 14).
Nie wiem czego się spodziewałem, ale po ujrzeniu pierwszych budowli, nie było żadnego wielkiego WOW. Poszedłem wyżej i z góry widok był już lepszy, lecz mimo wszystko, wrażenia nie odbiegają zbytnio od oglądania zdjęć w internecie. Tak czy siak muszę przyznać, że Inkowie odwalili kawał dobrej roboty, co można zobaczyć choćby na zdjęciu dopasowanych, wielkich bloków kamiennych – gdzieś mi się przewinęło powiedzenie "nie wciśniesz w szparę nawet źdźbła trawy" i mogę to potwierdzić. Dodatkową sztuką jest zbudować coś takiego, na takiej wysokości, bez pomocy zwierząt i bez użycia koła.
Uważam to teraz za miejsce bardziej do odhaczenia "bo wszyscy", bo "byłeś w Peru i nie widziałeś Machu Picchu!?", niż jakieś "must do", ale pewnie i tak lepiej przekonać się o tym na własnej skórze – w końcu różni ludzie, różne potrzeby.
Z góry wracałem spacerkiem przez las, znowu po nocy, ale tym razem już świadomie. Miałem nadzieję na zdjęcia ruin na tle drogi mlecznej (to by było coś) ale niestety zachmurzyło się i nawet zaczęło grozić deszczem. Dopiero bliżej "domu", w tym samym miejscu co dzień wcześniej, chmury się rozeszły.
Co do Aguas Calientes – bardzo turystyczne, nieduże miasteczko, z cenami z nieba. Tak już się przyzwyczaiłem do "gringo price", że targuję się wszędzie – hostele, sklepy, a nawet restauracje i czasami można zejść o 2/3 ceny.
Do Cusco wróciłem tą samą drogą co przyjechałem – rano szło się dużo lepiej. Widziałem po drodze więcej rodzajów motyli niż dzień wcześniej w tej "motylkowni". Poza tym, wiedzieliście, że na ostatnim zdjęciu z poprzedniego posta widać Machu Picchu!? Dostrzegłem je dopiero robiąc to samo zdjęcie w drodze powrotnej. Do tego dokonałem odkrycia na skalę światową – Machu Picchu jest "medalionem" na czole "twarzy" którą tworzą pobliskie góry – myślicie, że trzeba o tym powiadomić National Geographic? 😉
—–
Dodano 31.08.2017 (dwa lata później)
Jak patrzę teraz na zdjęcia i wracam wspomnieniami do tego miejsca, wrażenia są całkiem inne. Jak tak się zastanowić, to reakcja było podobna do strzelaniny w Kolumbii, która „nie zrobiła na mnie wrażenia” – stałem jak zaczarowany i się śmiałem, wychylając się zza samochodów, by zrobić zdjęcia. Prawdziwe odczucia i to, co się naprawdę wydarzyło, docierają do mnie po jakimś czasie. Może zwyczajnie to było za dużo na raz…