Posted from Antioquia, Colombia.
Zgodnie z planem wyjechaliśmy po 4. Szło spoko, do czasu (około 6:30) gdy trafiliśmy na wyjątkowo duże zagęszczenie ciężarówek na parkingach – coś jest na rzeczy. Pedro ledwo wychylił głowę przez okno i wiadomo było, o co chodzi – guerilla. Wysadzili most i droga jest zamknięta. Stanęliśmy, wrzuciliśmy coś na ząb i pojechaliśmy trochę dalej, do stojących w okazałym korku, jego znajomych.
Ze wstępnych informacji wynikało, że most zostanie naprawiony koło 5 po południu.. nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem. Stwierdziłem, że to też część podróży, a ponieważ mój driver ma wielu znajomych, to można też doświadczyć jak im się żyje w „podróży” i stoi czasami po kilka dni. W większości są to jajcarze, więc na nudę nie można było narzekać. Pomimo, że niewiele rozumiem po hiszpańsku, czułem się wśród nich bardzo dobrze i swobodnie, a Pedro tłumaczył mi co ważniejsze na angielski. W międzyczasie zjedliśmy wszyscy obfite śniadanie, a później trochę się przespałem na hamaku. Te kilka godzin zleciało dość szybko i koło 14 posłaniec przyniósł dobrą nowinę – droga otwarta. Gdy w końcu ruszyliśmy całym konwojem, wyczekiwałem tylko by zobaczyć ów nieszczęsny most.. w końcu się doczekałem – nie dało się go przegapić.
Po kilkudziesięciu kilometrach nagle konwój się zatrzymał, słychać strzały, wszyscy wysiadają i chowają się za ciężarówki.. k* nie dociera do mnie co się dzieje, śmiać mi się chce, a 50 metrów dalej wojsko napie*dala z działka grubego kalibru i karabinów! Słychać strzały dobiegające ze wzgórz obfitych w pola koki, z bliżej nieokreślonych 2 lub 3 kierunków. Ludzie uciekają z dala od wojskowych pancerników, jednak nie wiem czy szok podobny do mojego czy było tam coś wesołego, ale biegną i śmieją się. Na dodatek wśród wojska nie widać niczego, co można by nazwać „pełną mobilizacją”, czy czymś w tym rodzaju – większość z nich siedzi i gawędzi jakby nigdy nic. Ludzie dalej niż 100 metrów od centrum akcji, wyglądają jakby ich to nie dotyczyło – piwko, gadka-szmatka, codzienne obowiązki.. nie wiem, może dla nich to standard, a może tak jak słyszałem, okoliczni mieszkańcy dobrze żyją z tymi grupami (bo po co żyć źle) i nie mają powodów do obaw. Nie widziałem co działo się dalej, bo ciężarówki zasłaniały, ale z mojego punktu widzenia, w dało się dostrzec głównie nieduży czołg czy coś w tym rodzaju i serie wystrzałów raz z karabinów, raz z działka (tutaj momentami można było podziwiać lecące pociski). Później dołączył też snajper – zbroił się akurat koło mnie. Pozycję miał chyba mało idealną, ale nie jestem specjalistą, możliwe jednak, że miał lepszą skuteczność, bo niedługo po tym zaczęli po trochu puszczać pojazdy. Każdy cisnął po tych wybojach ile bozia dała, bo sytuacja (pomimo moich odczuć) dla kierowców jednak dość poważna, co można było zaobserwować u nowych znajomych.

Nam też się udało przejechać i dalej już było raczej spokojnie, tylko co jakiś czas rozstawieni żołnierze – większość z karabinami, ale były też działka czy np. kobieta z granatnikiem.
Wracając do bardziej przyziemnych spraw (choć akurat jestem bliżej nieba, w chmurach), po drodze mijaliśmy tereny „koki i złota” – czyli pola koki (ryżu też), miejsca z ciężkim sprzętem do przekopywania ziemi w poszukiwaniu złota, jak również samych poszukiwaczy ze specyficznymi „miskami”. Ze zboczy gór piękne widoki – nie wiem, czy piękniej niż w Wenezueli, czy zwyczajnie już zapomniałem jak tam było. W wioskach u podnóży gór, co 20 metrów można spotkać fontanny – przelewa im się woda spływająca z góry więc wymyślają różnego rodzaju „prysznice”, myją wszystko co podejdzie jak np. psy czy auta i ogólnie korzystają, a reszta spływa do rzeki. Później dojechaliśmy do terenów „mlecznych”, czyli łąki, wzgórza i pasące się na nich bydło – widoki jak kolejny raj. Te obszary zachwyciły mnie dużo bardziej, chyba ze względu na większy pociąg do natury niż do rzeczy materialnych (w przeciwnym wypadku siedziałbym pewnie teraz w pracy). Widoki były tak niesamowite, że przez dłuższą chwilę, ciągle zjeżdżając w dół, biłem się z myślami co robić i w końcu zdecydowałem.. jak nie teraz to kiedy? Raczej nie będę się tu później wracał, wiec wysiadam. Szczerze to szkoda było mi opuszczać Pedro, bo jednak przez te dwa dni jazdy, zdążyłem się z nim zżyć. On też nie wyglądał na szczęśliwego i niechętnie mnie zostawił. Wymieniliśmy się jednak kontaktami i myślę, że uda nam się jeszcze spotkać w Medellin, gdzie ma zostać przez 2 tygodnie. Po opuszczeniu ciężarówki akurat trafiłem na coś jakby procesje, tyle że wszyscy na motocyklach. Większość miejscowości dość hucznie obchodzi akurat święto Matki Boskiej (nie pamiętam dokładnej nazwy), więc z powrotem na górę, z plecakiem, maszerowałem z tą procesją – wyszło z 5 km, ale przy takich widokach szło się lekko i przyjemnie. Do tego mijałem wcześniej poznanych kierowców – cholernie miło się zrobiło kiedy każdy z nich pomachał, jednocześnie dając po sygnale ?
W planach miałem pierwsze użycie namiotu, ale znalazłem kilka wymówek i znalazłem też tani hostel, a w międzyczasie już kilka razy nieźle popadało. Jutro zobaczymy czy w końcu zacznę z niego korzystać, czy ponoszę go jeszcze trochę i odeślę do domu.
Nie wiem, czy napisałem wszystko, co chciałem, ale jest 01:23 i bujam w kimę – miło by było wstać na wschód słońca..
P.S. Operatora kamery ze mnie nie będzie, ale tutaj obiecane filmiki: