Posted from Kochi, Kerala, India.
Po 2 dniach w Kochi, zdecydowałem udać się dalej. Rozważałem miasteczko Munnar, które otaczają plantacje herbaty, ale stwierdziłem, że może wybiorę się zobaczyć je później w okolicach Darjeeling (taa, zapewne), a teraz ruszę bardziej na północ, konkretnie do Goa.

Olałem stopa i wbrew temu co piszą na necie, że bilety trzeba rezerwować nawet miesiąc wcześniej, znalazłem miejsca na pociąg na ten sam dzień. Z drugiej strony faktycznie, na kolejne dni miejsc już nie było.

Spakowałem się i co by nie ryzykować, że bilety znikną, ruszyłem na stację w sąsiednim miasteczku już o 6 rano. Swoją drogą całkiem dobrze sprawdza się tutaj mój tryb dnia – kładę się rano, kiedy zaczyna robić się gorąco, przesypiam cały upał i wstaję wieczorem gdy jest już trochę chłodniej, by funkcjonować całą noc.
Znalazłem informację, że jest opcja by dostać się do Ernakulam promem, który za pół godziny podróży, kosztował bagatela.. 4 rs, czyli 25 groszy! 😉 Jednocześnie mocno skracając mi drogę.

Z tego co sprawdziłem, pociąg miał odjeżdżać ze stacji Ernakulam North o 12:55. Wchodzę na stację, pytam o bilety, a kobieta mi mówi, że pociąg jest z drugiej stacji – South. No to w tuk-tuka i jazda. Wpadam do okienka, mówię jaka sprawa, typ dał mi do wypełnienia jakiś druczek, wydał bilet i mówi, że pociąg odjeżdża ze stacji North 🙂 podejrzewałem, że tak będzie i jak się później zastanowiłem to za szybko „uwierzyłem” tej kobiecie. Z drugiej strony może chodziło o to, że bilety można było kupić tylko na tamtej stacji (zakup w ten sam dzień). Trudno, 100 rs (6 zł) w obie strony to nie majątek i przy okazji przejechałem się tuk-tukiem.. gorzej by było jakbym nie miał tyle czasu.
Do godziny 8 miałem już bilet, więc zostało mi 5 godzin do odjazdu. W okolicy nic ciekawego do zwiedzania, słońce zaczynało prażyć, więc poszedłem coś zjeść. W internecie czytałem, że jedno z dań, które trzeba spróbować to „Dosa”. No więc mówię kelnerowi, że wezmę „Butter Masala Dosa i tea”, pokazując jedno i drugie palcem w menu. Typ przynosi jakieś placki i choć podejrzewam, że to nie to, to nie protestuje. Okazuje się, że dostałem danie „Idli”, oczywiście bez herbaty.. jestem przekonany, że jakbym powiedział „and tea”, niewiele by to zmieniło 😉

Herbatę jednak chciałem spróbować mając na uwadze całe ryzyko jakie to za sobą niesie. Zamówiłem jeszcze raz i tym razem zrozumiał, ale kręci głową na boki jakby chciał powiedzieć coś w stylu „oj Marcin, Marcin, czy Ty wiesz na co się piszesz? Sraki dawno nie miałeś?”, ale po chwili dociera do mnie, że tutaj kiwanie głową na „nie” oznacza „tak” 😉 ogólnie to tak śmiesznie kręcą tymi głowami i wygląda to bardziej jak niepewność.
Hindusi piją herbatę mocną, słodką i z dużą ilością mleka (z mlekiem ją gotują) – bardzo mi przypadła do gustu. Dania natomiast chyba wszystkie je się palcami i jak tak patrzę jak pchają te paluchy, mieszają kawałki placków lub ryż z sosem, rolują z tego kulki i jedzą, to czasami robi mi się niedobrze, ale pomału się przyzwyczajam i próbuję choć trochę dostosować. Przygotowywanie potraw też pozostawia wiele do życzenia i pomija wszelkie standardy, więc po tym jak ostatnio KELNER (ten co się tak cieszy na zdjęciu) wymiętosił wszystkie usmażone już kawałki kurczaka, wziął w garść i rzucił kucharzowi na patelnię, staram się nie patrzeć. Inna sytuacja to jak ostatnio 3 kelnerów nie miało co robić i stojąc pod ścianą gadali, przy czym dwóch z nich dłubało w nosie. Później zauważyłem, że wszyscy to robią – na sali gdzie ludzie jedzą, więc jeżeli jesteście wrażliwi na takie rzeczy to Indii nie polecam.. chyba, że luksusowe restauracje (przynajmniej nie będziecie widzieć co się dzieje z jedzeniem 😉 Jeżeli już o kulturze mowa to nikogo nie dziwi kobieta plująca na ulicy czy przez okno autobusu (w wielu miejscach są tabliczki z zakazem plucia), albo recepcjonista z poduszką na kolanach co chwilę wkładający pod nią rękę…

Wracając do jedzenia inna sprawa to to, że Hindusi wszystko, nawet śniadania jedzą pikantne – ciekawe czy dzieci od urodzenia też tak karmią. Nie wiem co moja wątroba na fakt, że spędzę tu cały miesiąc, ale pomijając pikantność, jedzenie jest bardzo smaczne, więc zaczynam zdobywać przepisy. Jakby ktoś się zastanawiał to spokojnie – mimo wszystko „piecze jednorazowo” 😉 Teraz będąc w stanie Goa zauważyłem, że tutaj dania są mniej pikantne, więc może to był atrybut Kerali.

Korzystając z wolnego czasu chciałem jeszcze kupić kartę SIM, co by mieć na długą podróż pociągiem. W informacji turystycznej powiedziano mi, że mogę ją kupić 50 metrów dalej i… co 50 metrów słyszałem to samo. W końcu po około pół kilometra, w jednym punkcie niby mieli te karty, z tym, że żeby ją kupić, muszę mieć kopię paszportu, kopię wizy, adres pobytu i… zdjęcie paszportowe xD Może w Goa uda mi się załatwić by kupił ją dla mnie jakiś miejscowy, bo słyszałem, że mają oni dodatkowo dużo lepsze warunki (darmowy internet).

Posiedziałem jeszcze na dworcu obserwując ludzi i będąc obserwowanym. Czasami jest całkiem miło jak ludzie się uśmiechają, mówią „Hi, how are you?”, a z drugiej strony to momentami czuję się jak małpa w cyrku, jak siedzi kilka osób i się gapi szepcąc coś raz po raz między sobą. Czasami kompletnie nie wiem co myśleć, jak np. stoję w busie, a obok siedzi typ z zadartą do góry głową i patrzy na mnie jak w obraz Matki Boskiej, jednocześnie maskując emocje miną „poker face”. Ciężko zgadnąć czy ma problem czy dostał objawienia.. uśmiech jednak przeważnie wszystko rozwiązuje.

Tymczasem jadę już do Margao i powinienem dotrzeć o 1:20 w nocy..