Sajgon w Wietnamie

Coś zamówiłem, ale zanim otrzymam to ciężko stwierdzić co to będzie ;)

Posted from Ho Chi Minh City, Ho Chi Minh City, Vietnam.

Ok, wypadałoby napisać parę słów, bo nawet moja mama upomina się o posty na blogu.

Ruch na ulicach w Sajgonie

Do Sajgonu przyleciałem w poniedziałek, 12 marca. Bilet w jedną stronę znalazłem za 750 zł, choć później Mały Podróżnik widział go za 250 zł (nawet wiem kto go kupił) 🙂 Postaram się niebawem o oddzielny post na temat tanich biletów i ogólnej organizacji podróży.

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu, to uderzenie gorącego, wilgotnego powietrza oraz inny jego zapach (ale jeszcze nie smród).

Ruch na ulicach w Sajgonie

Stwierdziłem, że do hostelu przejdę się spacerkiem, przy okazji się rozejrzę i zaaklimatyzuję. Po 2-3km (na 7 możliwych) z plecakiem, w temperaturze 35°C zrezygnowałem i wsiadłem w podmiejski autobus, choć jedzie on również z lotniska (bilet 5000 VND czyli około 75gr).

Ludzie są bardzo mili. Pomimo, że wiele osób nie mówi po angielsku, to z daleka krzyczą „hello” lub zastępują to uśmiechem. Mimo to jak trzeba, to z każdym idzie się dogadać – szczególnie jak starszy Wietnamczyk wyjmuje zza szafki zdezelowaną, pełną butelkę po wodzie, kieliszek i polewając z wielkim uśmiechem mówi: Vodka! ? W mniejszych miasteczkach ludzie są bardziej sympatyczni, ciekawi obcokrajowców i otwarci, a w takim np. Sajgonie, przeważnie zwróci na was uwagę jedynie jakiś sprzedawca lub naciągacz (w sumie to nie tylko w Wietnamie).

Życie towarzyskie rozkwita po zachodzie słońca, gdy wzdłuż ulic jest ustawionych pełno stoisk z jedzeniem i przekąskami oraz kawiarenek i barów, w których przesiadują całe grupy Wietnamczyków sącząc drinki i grając w karty lub wlepiając wzrok w ekrany smartphonów. Jak na razie mój ulubiony napój to kokos – zdecydowanie schłodzony – który później mogą na życzenie rozłupać by móc wyskrobać łyżeczką miąższ. Oprócz kokosa, przy tych temperaturach, każde piwo smakuje wyśmienicie.

Stoiska z jedzeniem są wszędzie - i te dziecięce krzesełka też ;)

Sajgonki - to te z "ziemniakami" ;)

Jedzenie jest ogólnie smaczne. Dużo ryżu, makaronu i chyba jeszcze więcej warzyw, czy też chwastów, bo często jest wśród nich np. trawa i pokrzywa (a przynajmniej tak wygląda). Bardzo posmakowała mi polecana przez wszystkich zupa Pho z wołowiną i makaronem (są różne rodzaje), do której wyciska się cytrynę/limonkę i dodaje kiełki. Miejsce do jej spróbowania poleciła mi poznana w autobusie stewardessa – podobno jedno z bardziej popularnych Pho w Ho Chi Minh. Co się może kojarzyć z Sajgonem to Sajgonki – są inne niż u nas ale niekoniecznie lepsze. Raz trafiłem nadziewane czymś w rodzaju ziemniaków, ale najczęściej są to warzywa ewentualnie z owocami morza lub mięsem. Pyszna jest natomiast „pizza” na papierze ryżowym, którą można dostać na przyulicznych straganach. Co zwróciło moją uwagę, to w wielu restauracjach w Ho Chi Minh nie dostajemy serwetek – na zamówienie można dostać chusteczki nawilżane, za dodatkową opłatą. Kolejna sprawa odnośnie restauracji, to często goście rzucają śmieci i odpadki pod siebie/pod stół – nie rozszyfrowałem jeszcze czy to kwestia kultury, miejsca czy wychowania.

Pho Bo

Pizza na papierze ryżowym

Jak już jesteśmy przy kulturze to nie wypada mi nie wspomnieć o kulturze poruszania się po ulicach. Na pierwszy rzut oka jest to istny „sajgon”, setki skuterów, każdy gdzieś pędzi, trąbi, a na skrzyżowaniach panuje chaos, jednak jest w tym wszystkim jakaś logika, mają swoje niepisane prawa i dobrze im się z tym żyje. To co dla europejczyka wydaje się nieprawdopodobne, tutaj jest na porządku dziennym. Można się przyzwyczaić. Pochwalę się, że już pierwszego dnia przechodzenie przez jezdnię, szło mi lepiej niż niektórym Wietnamczykom, ale mimo wszystko czasami robi się to męczące i jakbym miał przyjechać przez miasto skuterem, to nie wiem co by z tego wyszło. Generalnie obowiązuje zasada „większy ma pierwszeństwo” i tak najpierw są ciężarówki i autobusy, dalej samochody, skutery i na końcu piesi. Na przejściach nikt się nie zatrzymuje, a jedynie mija przechodniów (wyjątkiem są czasami skrzyżowania z sygnalizacją ale nie zawsze), więc z mojego doświadczenia wynika, że trzeba przepuścić samochody, ewentualnie zaczekać na jakiś prześwit między skuterami i zacząć pewnym krokiem zmierzać do celu, na bieżąco kontrolując sytuację.

W Sajgonie miałem się spotkać z Marcusem – Brazylijczykiem, który mnie gościł gdy byłem w Ameryce południowej, jednak jakoś się nie udało i pisząc tego posta, jestem już w drodze na deltę Mekongu.

Każda agencja turystyczna zabiera ludzi do Can Tho, jednak troje lokalsów zakładających stronę o tym kraju, poleciło mi odwiedzić prowincję Ong Thap, więc najpierw jadę do miasteczka Cao Lanh. Jednodniowa wycieczka zorganizowana na „pływające targi”, kosztuje około 220.000 dong (33zł) i przyznam, że wychodzi to nawet taniej niż organizacja na własną rękę. Sam autobus w jedną stronę do Can Tho kosztuje 80.000 ~ 12 zł (do Cao Lanh 60.000 ~ 9zł), a do tego dochodzi jeszcze koszt łódki i ewentualny powrót. Dodatkowo moja klasa autobusu nie przewiduje klimatyzacji, a jedynie wiatr we włosach i towarzystwo lokalsów.

Nocny widok na miasto z wieżowca

Więcej zdjęć jest w galerii, która otwiera się po kliknięciu w jedno z nich. Częściej wrzucam relacje na Instagram, więc chętnych zapraszam: http://instagram.com/zyjpokizyjesz. W wyróżnionych relacjach znajdziecie „Wietnam” – wszystko co do tej pory wrzuciłem.

Żyj, póki żyjesz!

Ratusz w Ho Chi Minh City