Posted from Bodhgaya, Bihar, India.
Gdy wysiadłem w Puri, dosłownie przeszło mi przez myśl, żeby złapać ten sam autobus i jechać dalej albo wracać. To co zobaczyłem to kompletny chaos. Sto, może dwieście samochodów, skuterów i rikszy wkoło jednego, wielkiego ronda, jadących każde w innym kierunku. Do tego smród, upał, krowy, kozy, psy i nie wiem co jeszcze. Coś takiego widziałem pierwszy raz w życiu i z wrażenia nawet nie zrobiłem zdjęcia.
Poszedłem szukać hotelu. Będąc w jednym z nich nie było wolnych miejsc, więc zapytałem jak dotrzeć do innego który znalazłem na necie, alewięc jego lokalizacja była zaznaczona w całkiem innym miejscu. Dwóch gości nie wiedziało, zapytałem o WiFi – wtedy typ pokazał mi palcem wyjście i zaczął coś mamrotać na temat „white people”. Nie wiem czy ma jakieś złe wspomnienia odnośnie internetu czy uważa to za najgorszy wynalazek i całe zło ludzkości (po części może tak być). Olałem gościa i wyszedłem (choć miałem ochotę go opluć). Złapałem rikshę, a kierowca znalazł inny hotel na Google maps, choć przyznam, że dość absurdalny. Godzina wymeldowania o 7 rano.. na dodatek śniadanie serwowane 8 – 10 rano ? Pomijając syf jak na tą cenę (700rs) zostałem tam jedną noc.
Na ulicach wszędzie święte krowy. Trawy jak na receptę, a krów jak psów, więc jedzą wszystko co popadnie – odpadki, śmieci, a już kilka razy widziałem jak żuły np. worki foliowe.

W Puri oprócz plaży (nic specjalnego) wybrałem się zobaczyć Świątynię Jagannath. Niestety okazało się, że wpuszczają jedynie Hindusów. Już prawie dogadałem się ze strażnikami, żeby wejść na chwilę by zrobić zdjęcia, ale przechodzący starszy hindus powiedział, że nie ma opcji.

Pojechałem wobec tego do Bhubaneswar i zaszyłem się na dwa dni w hotelu, żeby odpocząć.
Jadę już do Gaya. Do wyboru był pociąg, który jedzie 11 godzin i jest na miejscu o 23:00, jednak szybka kalkulacja wykazała, że lepiej wezmę taki, który jedzie 17 godzin i dojeżdża o 5 rano, gdy można już szukać noclegu na kolejną noc, a na dodatek jest trochę tańszy – nie zawsze szybciej znaczy lepiej (if you know what I mean).
Z Gaya do Bodh Gaya nie kursują autobusy, więc można się tam dostać głównie taxi lub rikszą. Cena wyjściowa dla turystów to 200-250 rs (12-15 zł) za 17 km. Udało mi się znegocjować na 70rs, ale okazało się, że jadę „rikszą share”, czyli dzielę ją z lokalsami. Obok mnie siedział młody chłopak i dziewczyna, nie wiem czy para czy brat z siostrą, ale pomimo, że nie zamieniliśmy praktycznie ani słowa, to żegnaliśmy się jakbyśmy przegadali całą drogę. Wszystko przez to, że dziewczyna napisała na dłoni cenę jaką faktycznie powinienem zapłacić za przejazd – 30rs! – i po cichu mi ją pokazała. Był to jeden z przyjemniejszych akcentów podróży, szczególnie na tle tych wszystkich chciwych i zachłannych ludzi.

Trafiłem do świetnego guest housu. Dobra cena (300-400 rs, czyli 18-25 zł za dobę), czysto i bardzo fajny właściciel. Dodatkowo ceny jedzenia podobne jak na mieście, z tym, że tak fajnie się dogadywałem, że mogłem wchodzić na kuchnię i przyglądać się jak to wszystko jest przyrządzane ? dzięki czemu nauczyłem się robić kilka dań, w tym najprostsze i podstawowe „chapati” (czyt. ciapati) lub inaczej „roti”, czyli te ich popularne chlebki, które podaje się do większości dań.

Nie ma w tym żadnej filozofii: zagniatamy ciasto z wody i mąki (można dodać mleko, ew. zioła do smaku), dzielimy na kawałki i wałkujemy z nich cienkie placki. Rzucamy taki placek na rozgrzaną, suchą patelnię, przewracamy, a na koniec (sekret, który podpatrzyłem) ściągamy podpieczony chlebek, odsuwamy patelnię i rzucamy go na chwilę na otwarty ogień. Uwaga żeby nie spalić!
Jako urozmaicenie, w trakcie podgrzewania chapati można posmarować masłem lub np. wbić na niego jajko, „rozsmarować” i gdy się zetnie, zawinąć w to warzywa, mięso czy co tam kto woli 🙂

Właściciel hotelu zabrał mnie też na wycieczkę do jaskini, w której podobno Buddha medytował przez 6 lat. Był to jeden z chłodniejszych dni (około 30°C), a w tej jaskini można było się ugotować, więc nie mam pojęcia jak można w takim miejscu wysiedzieć kilka lat bez jedzenia i picia (chętnie się dowiem). Po drodze odwiedziliśmy też kilka innych świątyń, a to wszystko po kosztach paliwa, więc reklamuję i serdecznie polecam Soni Family Guest House.
Bodh Gaya to jedno z ważniejszych miejsc w religii buddyzmu, bo właśnie tam pod drzewem Bodhi, po medytacji w jaskini, Buddha doznał oświecenia. W związku z czym jest to cel wielu pielgrzymek. Oprócz tego w miasteczku jest wiele świątyń zbudowanych przez ludzi z różnych krajów, między innymi z Chin, Tajlandii, Birmy, Nepalu czy Japonii. Najbardziej przypadł mi chyba do gustu styl japoński, a także posąg „Wielkiego Buddhy”, który chodziłem oglądać kilka razy.
Idąc do największego kompleksu świątyń, Mahabodhi Temple, gdzie znajduje się również drzewo Bodhi, zaczepił mnie sprzedawca takich cieniutkich pazłotkowych listków do przyklejania na posąg Buddy lub w innych miejscach celem „pozłacania”. Choć zdarzyło mi się to w Indiach pierwszy raz, to gość przyczepił się jak rzep i szedł za mną może 200-300 metrów namawiając do kupna. Nic nie dawało mówienie, że tego nie potrzebuję, że nie mam pieniędzy, że liczy sobie za to jak za zboże czy też, że wcale nie idę do świątyni. Kiedy zbrakło mi argumentów, wyciągnąłem przywieszki, które kupiłem wcześniej na jednym ze straganów po 10rs (60gr) za sztukę. Pokazuję mu i mówię: 10 dolarów. On się śmieje i mówi, że może mi dać 10rs, na co ja dalej powtarzam $10.. przeszliśmy tak jeszcze parę metrów i w końcu sprzedałem mu to za 20rs. On poszedł zadowolony, pomimo iż kupił zamiast sprzedać, a ja miałem banana na twarzy do końca dnia, że zrobiłem interes życia jednocześnie skutecznie pozbywając się natręta ?






