Posted from Benaulim, Goa, India.
Podróż pociągiem przebiegła całkiem spokojnie. Wziąłem klasę 2A, czyli z klimą, a jak ktoś wie, w takich krajach klima albo jest na full albo nie ma jej wcale, więc było dość „rześko”. W przedziale dla 4 osób, przez większość czasu byłem sam, czasami przychodził tylko konduktor wypełnić sobie jakieś papiery, a dopiero pod koniec doszły jeszcze 2 osoby. Czasami jednak jest mniej kolorowo i np. to samo miejsce ma kilka osób, więc albo ktoś kogoś wygoni albo siedzą razem. Dlatego staram się zawsze brać górne łóżko – na nie nikt się nie wdrapuje, żeby posiedzieć, więc mogę sobie spokojnie leżeć lub spać.

Do celu dotarłem o 2 w nocy. Z początku myślałem, że zaczekam do rana na dworcu, jednak gdy zobaczyłem cały ten burdel zmieniłem zdanie i poszedłem szukać noclegu lub innego miejsca do przeczekania. Nie odszedłem pół kilometra od dworca, gdy okazało się, że na Goa jest pełno psów (tak na prawdę jest ich.. można nimi za psami rzucać) i niestety nie wszystkie są przyjaźnie nastawione. Kiedy kilka z nich ujadając zaczęło podchodzić coraz bliżej, uznałem, że poszukam innej drogi.
Na ulicy ani żywej duszy, ale chwilę później zatrzymało się koło mnie 3 chłopaków zielonym jeepem bez dachu, bo jednemu z nich wypadł na ulicę telefon. Zagadałem w sprawie hostelu i zaproponowali, że mnie podrzucą i pomogą – pierwszy stop w Indiach zaliczony 😉
Następnego dnia wybrałem się zobaczyć te niesamowite plaże Goa. Nie wiem czy trafiłem w inne miejsce niż wszyscy zachwyceni (na oko jest tam jakieś 100km plaż), czy to tylko mój brak zainteresowania takimi miejscami, ale nie ma się czym zachwycać. Kupa piasku (jak to na plaży), morze (z ciepłą wodą), gdzieniegdzie jakieś palmy i turystyczne restauracje. Nie będę kolorował – nie macie czego żałować.

W poniedziałek Hindusi obchodzili jedno z największych świąt – Holi, czyli festiwal kolorów. Wszyscy rzucali i smarowali się kolorowymi proszkami i wiele osób chodziło pomalowanych na różne jaskrawe barwy, jeszcze 3-4 dni później – faktycznie miejscami dość ciężko było się domyć, ale nie aż tak 😉 Spodobała mi się legenda odnośnie genezy tego zwyczaju, w której Krishna, hinduski Bóg, jeszcze jako dziecko miał zostać otruty mlekiem z piersi demona pod postacią kobiety. Wyssał on jednak nie tylko truciznę, ale również krew, zabijając demona i ratując swoje życie. Jego skóra stała się jednak przez to bardzo ciemna i nabawił się kompleksów, gdyż jego wybranka miała jasną cerę. Bardzo się tym przejmował, aż w końcu matka poradziła mu, by pomalował twarz ukochanej na taki kolor jaki chce.

Margao to dość spokojne miasteczko. Wszędzie staram się poruszać transportem publicznym i w busach nie widać prawie żadnych turystów. Kiedy wobec tego pewnego dnia natknąłem się na posta z instrukcją typu „jak poruszać się transportem publicznym (busami) na Goa”, to z jednej strony mnie to rozbawiło, a z drugiej dało do myślenia. Podobnie jak to, że w jednej z lokalnych restauracji do której trafiłem (zwykła indyjska knajpa), nie serwowali indyjskich dań w porze śniadaniowej, a jedynie jakieś europejskie czy amerykańskie. Nie wiem po co ludzie w ogóle tak daleko lecą, myślą, że ten piasek leczy raka? To samo jest choćby w Hiszpanii, Grecji czy gdzie tam jeszcze bliżej, choćby nad Bałtykiem, choć tu akurat chyba trudniej o palmy 😉

Fakt, że jest tanio – najeść się można i za 3 zł, a dzisiaj zjadłem syte śniadanie na ulicy za 1,20 zł i dostałem deser gratis – przepyszny sernik 🙂 A może to danie kosztowało jeszcze mniej i za dużo zapłaciłem.. no mniejsza o to, ale już po odejściu od stoiska, podszedł mężczyzna i położył mi na talerzu ciasto (oczywiście palcami). W większości restauracji za posiłek zapłacimy jednak 10-18 zł, a w tych turystycznych jeszcze więcej, więc jak ktoś leci tylko ze względu na piasek, to za koszt biletów, w europie też można posiedzieć na plaży tydzień czy dwa.
Jeżeli już o biletach mowa, na dniach lecę do Puri, bo z moich kalkulacji wynikło, że bardziej opłaci się tani przelot z przesiadką, niż 40-50 godzin w pociągu. Pod koniec tekstu znajdziecie kilka wskazówek jak szukać tanich biletów lotniczych.
Jeszcze o 9 rano nie mogłem zasnąć, a że był to ostatni dzień na Goa, postanowiłem spróbować go jakoś wykorzystać. Natknąłem się na informację na jakimś anglojęzycznym blogu o „miejscach kąpieli słoni” w pobliskim miasteczku. Długo się nie zastanawiając wstałem i poszedłem na busa.

Słońce stawało się coraz bardziej nieznośne. Autobus pełny po brzegi, pasażerowie na stojąco cisną się jak sardynki. Gorąco jak w saunie, duszno, a konduktor drze mordę, żeby przechodzić dalej i melodyjnie powtarza przez okno nazwę miejsca docelowego, zbierając kolejnych klientów.
Bus często tylko zwalnia, nie zatrzymując się całkowicie, a ludzie wskakują w biegu. Jakaś starsza kobieta próbowała wsiąść i trzymając się drzwi, biegła za busem, aż w końcu się przewróciła. Prawie wpadła pod tylne koła. Ktoś pomógł jej wstać, ale sytuacja się powtórzyła.. I tak stojąc w tym busie, lepiąc się od brudu jak smoła, doświadczyłem indyjskiej codzienności i zacząłem mieć tego całego syfu dość.
Kiedy konduktor powiedział mi, że już mój przystanek, słońce było w zenicie. Wysiadłem, rozejrzałem się i pytając dzieci przy polnej drodze upewniłem, że zmierzam w dobrym kierunku. Nie zmierzałem. Sahakari Spice Farm było oznaczone w maps.me w złym miejscu, a dzieci i później robotnicy pewnie nawet nie zastanawiali się o co pytam. Dopiero trzecia zapytana osoba wytłumaczyła mi, gdzie to jest, wskazując przeciwny kierunek, a czwarta to potwierdziła.

W drodze powrotnej usłyszałem w krzakach jakieś skomlenie, a gdy podszedłem bliżej, okazało się, że to malutkie szczeniaki. 3 leżały skulone przy krzaku, a dwa chodziły w okolicy. Obok leżał dziurawy worek, w którym prawdopodobnie zostały tam porzucone. Pieski nie reagowały na wołanie i chyba jeszcze dobrze nie widziały. Nalałem na folię trochę wody i wsadziłem w nią pysk jednego z nich, dopiero wtedy zaczął pić. Pozostałych nie dosięgnąłem przez krzaki.
Po dotarciu pod wielką bramę farmy, zapytany strażnik oznajmił mi łamanym angielskim, że słoni nie ma, a kobieta przy kasie potwierdziła jego słowa. Podobno rząd Indii pozamykał wszystkie tego typu ośrodki. Słonie już kilka razy widziałem na ulicach przy różnych okazjach, ale miałem nadzieję, że tym razem będą w bardziej naturalnych warunkach, a nie ozdobione jak choinka. I pomimo, że inny strażnik po cichu zaproponował 800rs (50zł) za zobaczenie słonia, to nie zdecydowałem się, bo czytałem o tym jak są one traktowane w niepewnych miejscach i jak turyści przyczyniają się do tego traktowania.

Kolejnego dnia wysłałem do domu część rzeczy, których nie używałem i udałem się na lotnisko. W busie poznałem młode małżeństwo, które wracało do Mumbaju i trochę pogadaliśmy. Polecili mi miejsca warte odwiedzenia, a także dopytałem o kilka przepisów na indyjskie dania. Mój idealny plan zakładał, że pojadę na lotnisko, będzie klima, będzie internet, będzie prąd, a ja będę pisał bloga czekając na samolot – czego chcieć więcej? A no tego, żeby mnie na to lotnisko wpuścili..
Ten kraj „to je amelinium, tego nie pomalujesz”. Okazuje się, że nie można wejść od tak na lotnisko. Po pierwsze musisz mieć bilet. Po drugie nawet jak już go masz, to nie wejdziesz wcześniej niż 3 godziny przed odlotem! Sic! Tak sobie później pomyślałem, mogłem przecież powiedzieć, że np. chcę kupić bilet i co by zrobili.. okazuje się, że pokazaliby mi okienka linii lotniczych na zewnątrz lotniska 😉

Pojechałem więc do Vasco da Gama, czyli mieściny w której nic ciekawego nie ma. Połaziłem tu i tam, zjadłem, posiedziałem w parku, poszedłem na plażę pełną rybackich łodzi, a że było samo południe to prócz mnie nie było tam żywej duszy. W końcu dowiedziałem się, że w miasteczku miał się odbyć jakiś festival czy pochód o tajemniczej nazwie „Shigmotsav samiti” (o ile to nazwa). Czekałem, czekałem ale tak się to wolno rozkręcało, że w końcu zdecydowałem się wracać na lotnisko.
Wciąż byłem za wcześnie i musiałem jeszcze godzinę zaczekać. Będąc już w środku, mój uśmiech wywołały kobiety, które chyba pierwszy raz w życiu widziały ruchome schody. Stały przed nimi i się cieszyły bojąc się wejść. Na dodatek widziałem podobną sytuację kilka razy 🙂 Cóż, „przywykliśmy do rzeczy absolutnie niezwykłych”..
Tanie bilety lotnicze
Wracając do biletów.. ostatnio najczęściej szukam na kiwi.com. Wcześniej korzystałem ze skyscanner.net, ale na kiwi jest jakoś więcej opcji i bardziej mi przypadło do gustu. Mimo wszystko polecam sprawdzać na obu stronach, bo czasami są tańsze przeloty, których jedna z nich nie pokazuje.
Wyszukując odpalam przeglądarkę w trybie incognito i wstępnie wybieram termin na kilka dni wcześniej lub później, ew. w szerszym zakresie dat, a dopiero później przeklikuję przez kolejne dni, aż do tego, który najbardziej mnie interesuje. Wszystko to dlatego, że już kilka razy zdarzyła mi się sytuacja, gdy w ciągu 20 minut cena skoczyła o 50 czy nawet 100 zł w górę – wyłącznie na przelot, który mnie interesował, czyli który najintensywniej sprawdzałem. Z tego samego powodu nie polecam zaczynać rezerwacji, jeżeli nie macie wszystkiego pod ręką, czyli najczęściej karty, którą będziecie płacić i dowodu lub paszportu. Jeżeli przerwiecie rezerwację, to daję duże szanse, że cena niebawem wzrośnie. Może być tak, że to tylko zbieg okoliczności i tańsze bilety zwyczajnie się kończą akurat wtedy kiedy mi trzeba, jednak wolę dmuchać na zimne.
Po znalezieniu interesującego lotu, wyświetlą nam się linie lotnicze i ew. przesiadki. Wchodzę wtedy bezpośrednio na stronę danych linii i sprawdzam lot lub przy przesiadkach każdy odcinek oddzielnie – już kilka razy kupiłem w ten sposób taniej niż w wyszukiwarkach. Przy samym procesie zakupu, trzeba zwrócić uwagę na walutę w jakiej będziemy płacić i dodatkowe opłaty np. za płatność kartą. Polecam konta walutowe, bo gdy np. płacimy w indyjskich rupiach z konta złotówkowego, to bank przeliczy najpierw rupie na dolary, a dopiero później dolary na złotówki, czy też w drugą stronę (podwójne przewalutowanie) i często dołoży jeszcze jakieś prowizje.
Na przykładzie mojego ostatniego zakupu, szukałem biletu z Goa w okolice Puri. Przelot GOI – HYD – BBI, znalazło mi na kiwi.com za 84$. Szukając bezpośrednio na stronie linii, lot z przesiadką kosztował chyba 82$, a wyszukując oba przeloty osobno, wyszło mi odpowiednio 32$ i 35$ za odcinek, czyli ponad 20% taniej. Doszły do tego jeszcze jakieś opłaty za płatność kartą ale.. płacąc w dolarach opłata wynosiła 10$ za jeden zakup (a musiałem kupić 2 oddzielne bilety), ale już w indyjskich rupiach, jedynie 150rs czyli około 2,29$!
Inna z opcji na tańszy lot to kupno biletu w dwie strony. Wydaje mi się, że nie dotyczy to tanich linii, ale na dłuższych trasach zdarza się, że jest dużo taniej niż kupując bilet tam i z powrotem oddzielnie.
Można też szukać przelotów czarterowych lub wycieczek w biurach podróży i zapytać o możliwość samego przelotu ale tego jeszcze nie praktykowałem. Podobnie jak „samoloto-stopu”, choć słyszałem, że na niektórych lotniskach, gdzie możemy spotkać i zaprzyjaźnić pilotów np. z prywatnymi samolotami, jest to jak najbardziej wykonalne.
Jeszcze jeden trick to zakup biletu w inne miejsce, z przesiadką w miejscu do którego chcemy się dostać. Jest to już trochę bardziej zaawansowana operacja, bo rzadko kiedy wiadomo, dokąd szukać biletu by przesiąść się np. Barcelonie. I nie znam wyszukiwarki, która by to brała pod uwagę. Mimo wszystko raz szukając taniego biletu z Marrakeshu dokądkolwiek, trafiłem na przelot do Genewy z przesiadką w Lizbonie. Było o wiele taniej, niż sam lot do Lizbony, a ta interesowała mnie dużo bardziej. W tej chwili już nie pamiętam, ale chyba była to różnica rzędu 50-100€, więc kupiłem bilet do Genewy i zostałem w Portugalii.
Od razu mówię, że nie świadczę usług zakupu biletów, ale jakby ktoś miał jakieś pytanie to w miarę możliwości postaram się pomóc.
A Wy macie jakieś sposoby na tańsze bilety lotnicze? Inne wyszukiwarki lotów? Podzielcie się doświadczeniami w komentarzach.
P.S. Chyba nie muszę pisać, że im wcześniej kupujemy tym taniej (z drobnymi wyjątkami) 😉