Posted from Planeta Rica, Cordoba, Colombia.
Podsumowując Mompox – ciche, spokojne, zabytkowe miejsce. Mają bardzo dobre wino lokalne – wypiłem zdrowie czytelników 😉 Wyrabiana jest tam też ręcznie, bardzo skomplikowana/szczegółowa biżuteria – filigrana. W wielu miejscach można też znaleźć bujane fotele – nawet w restauracjach. Poza tym dość ciężko się tam dostać, wydostać i jest cholernie gorąco.
Ok, Mompós udało się opuścić ze znajomym właściciela hostelu, który akurat jechał do Baranquilli. Trochę zeszło czekając na prom, a później nim płynąc (łącznie ponad 3 godziny) ale wywiozł mnie na dobre skrzyżowanie za Magangue, aż do El Bongo, skąd szybko udało się złapać stopa w kierunku Medellin. Miałem krótkie postoje w Sincelejo (gdzie między czasie podwiozło mnie za free nawet moto-taxi, z jednego końca miasta na drugi, na wylotówkę), Chinú oraz Sahagún, skąd zabrał mnie miły kierowca 20-tonowego trucka International, jadący do Medellin – widział mnie już drugi raz, bo raz go wyprzedziłem, a jako że 10 lat mieszkał w stanach, to dość dobrze mówi po angielsku. Robi przerwę w Buenavista, w hostelu ze swoją koleżanką – ja również tu przenocuję bo dochodzi 22 i podejrzewam, że są słabe szanse bym złapał coś dobrego po nocy, a tak będę miał już transport do końca (jeszcze jakieś 350km).
Co do jazdy ciężarówką, wcale nie jest tak wygodnie jak to sobie wyobrażałem – na prostej drodze rzuca ("dyrca") tak, że mam wrażenie jakbym jechał na koniu (choć nigdy nie jechałem, wiec może rzuca nawet bardziej). Poza tym jedzie się dość powoli, ale byle do przodu.
Po kilku dniach diety składającej się głównie ze słodkich bułek, ryżu i hot-dogów, w końcu mogłem najeść się mięsa.. najpierw z kolegą właściciela wstąpiliśmy na obiad do zajazdu, w którym na bieżąco je wędzili (pycha!), a później kierowca trucka pokazał mi miejsce, gdzie w Planeta Rica, za 5 zł można dostać ćwiartkę sporego kurczaka z pieczonymi ziemniakami, jakimś owocem (nie wiem co to) i surówką – kierowcy jednak wiedzą gdzie można dobrze zjeść. Między czasie spróbowałem też tradycyjnej przekąski "Mazamorra" – coś jakby grudki karmelu + kukurydza, zalane mlekiem i podawane na zimno w kubeczku (na stacji i za free).
Pedro (bo tak ma na imię kierowca trucka) poruszył temat trąbienia w tym kraju – masakra!! Miałem napisać o tym osobny post, ale niech będzie tutaj. Po pierwsze idąc sobie ulicą, każdy je*any taksówkarz, moto-taxi, bus czy też inny przewoźnik musi na Ciebie trąbnąć. Na domiar złego, jeżeli stoję czy idę ulicą, a 3 metry dalej jest inny przechodzień, to on już nie słyszy trąbnięcia na mnie – jemu swoją obecność trzeba zasygnalizować indywidualnie. Nie wiem czy są upośledzeni, czy za takich uważają wszystkich innych. Może myślą, że są mało widoczni? Albo każdy myśli, że jest jedynym kierowca na całe miasto i ja biedny czekam właśnie na niego? Ale powiem Wam w sekrecie, że k* nie, nie są! Zapie*dala ich więcej niż ludzi i innych samochodów razem wziętych! Jeden za drugim, a moto-taxi wręcz nawet parami! Ale i tak każdy je*any cymbał myśli, że szukasz go od rana i kiedy już chcesz siąść i płakać, on akurat spadł Ci z nieba! Momentami można dostać pie*dolca! Dodatkowo często (głównie autobusy) mają najróżniejsze odmiany sygnałów syren policyjnych (świateł też), jako urozmaicenie klaksonu. Trąbi się też jak się widzi znajomego, jak się mija, albo jak się widzi nieznajomego – np. jak jakieś auto stoi na poboczu – wtedy to nawet trąbi się 2 lub 3 razy. Paranoja!
O 4 rano ruszamy dalej, więc good night and good luck – jak usłyszał mój starszy kolega przed randką 😉