Posted from Fes, Fes-Boulemane, Morocco.
Godzina do Lublina, godzina czekania, 3 godziny do Warszawy, godzina czekania, niecała godzina na lotnisko, 2 godziny czekania, 2 godziny do Pizy, 2 godziny czekania, 3 godziny do Fezu.. i tym sposobem po 15 godzinach podróży jesteśmy w Maroko 😉
Mistrzem pierwszego dnia został mężczyzna wyglądający jak żul, wyraźnie chwiejący się na nogach, któremu kobieta na kontroli bezpieczeństwa wyciągnęła z torby 3 duże, litrowe puszki z gazem pod ciśnieniem (jakieś spraye) i 2 kuchenne noże, o długości ostrza min 10cm.. 😉 leciał tym samym samolotem co my, ale dolecieliśmy w jednym kawałku.
W Maroku każdy próbuje zarobić na turystach. Przekonaliśmy się o tym juz na lotnisku. Wychodzimy, oczywiście pełno taksówek i rzekomo ustalona cena za kurs do miasta to 120 dirhamów (średnio licząc 12 euro). Niby nie majątek ale szukamy dalej, jednak wszyscy kłamią jak mogą. Czy to kierowcy, czy nawet zapytany policjant powiedział, że autobusy nie kursują i nie mamy innej opcji niż wziąć taksówkę. Dopiero kobieta w informacji (pomimo naciskania na transport taxi) poinformowała o tym, że niedaleko jest przystanek, a autobus do miasta kosztuje 4 dirhamy za osobę (czyli 10 razy taniej).
Ogólnie Maroko to inny świat. Inne smaki, zapachy, klimat, atmosfera, kultura i ludzie. Na każdym kroku można spotkać jakiegoś „przewodnika”, który we wszystkim pomoże, zaprowadzi i doradzi, najczęściej rządając po wszystkim zapłaty. Każdy, wszędzie ma jakąś rodzinę albo przyjaciela. Szukając jakiegoś miejsca, najczęściej usłyszysz kłamstwa, że droga czy np. hostel do którego idziesz jest zamknięty ale tu i tu jest lepsza opcja. Nie wiem jak się dogadują z zyskami, ale interes się kręci.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że ciągle pada, więc pierwszego wieczoru, po kilku godzinach chodzenia, przemoknięci, zmęczeni i zrezygnowani padliśmy spać.
Następnego dnia wąskie uliczki Mediny (coś jakby stare miasto) odżyły. Wszędzie pełno straganów i budek ze wszystkim i z niczym. Zapachy wszechobecnych przypraw i kolory pobudzają zmysły. Niestety byłem jeszcze zbyt „nieśmiały”, żeby szaleć z aparatem.
Jedno z miejsc, które chciałem odwiedzić oglądając zdjęcia na necie to farbiarnia skór. Na dużym placu pomiędzy murami rozmieszczone są wielkie pojemniki, połączone na kształt plastra miodu, a w nich różnobarwna woda i ludzie moknący w niej przez cały dzień, którzy jakby „piorąc”, kolorują skóry.
Najbardziej specyficzny i zarazem nieznośny w takim miejscu był zapach, więc dostaliśmy po gałązce mięty, by go trochę stłumić. Skóry przeważnie są dość świeże, a do tego dochodzą np. odchody gołębi, w których jak przeczytałem są one namaczane (chyba by zmiękczyć). Niestety zaraz znowu zaczęło padać i z lepszych zdjęć nici.
Na obiad i kolację byliśmy w restauracji spróbować Tajine – lokalnej potrawy przyrządzanej w stożkowych „naczyniach” o tej samej nazwie. Talerz bardzo smacznego mięsa, kosztuje 25 MAD (2,5 euro). Do tego bułka i frytki lub sałatka i można się najeść do syta. Spróbowałem dania z drobno pokrojonej wątróbki, a za drugim razem mięsa, które smakowało dokładnie jak nasza świeżynka (a nawet lepiej). O niezbyt dobrym piwie nie będę wspominał.
Obecnie jesteśmy już w drodze do Chefchouen – niebieskiego miasteczka. Szczerze wątpię by ktoś zabrał na stopa 3 facetów, wiec jedziemy autokarem (Fez – Chouen = 75MAD).