Boliwia

Posted from La Paz Department, Bolivia.

Z granicy do Copacabana niestety nie było transportu (niedziela, wybory), o czym poinformował mnie już urzędnik, więc kontynuowałem spacer. Z dwiema spotkanymi dziewczynami wymieniłem resztę pieniędzy z Peru. 4 razy pytałem o odległość do miasta i na przemian otrzymywałem odpowiedź 30 minut lub 3 godziny. Z tego co przeczytałem na koniecswiata.net, boliwijczycy mówienie "nie wiem" uważają za niegrzeczne, więc jak nie wiedzą to kłamią. Z tego samego źródła dowiedziałem się, że boliwijczycy są bardzo zamknięci, a dodatkowo jakiś polityk (czy też prezydent) nastawia ich przeciwko gringo.

Próbowałem zatrzymać jadące busy – nawet nie koniecznie na stopa, jakieś taxi colectivo czy cokolwiek – trzy pokazały mi że "nie", pomimo iż były conajmniej w połowie, jak nie całkiem puste. Na dodatek jeden z nich, 100 metrów dalej zabrał jakiegoś boliwijczyka. Dopiero czwarty bus mnie zabrał – przewoził turystów. Ktoś mi wspomniał, że próbował łapać stopa i powiedziano mu, żeby sobie wziął transport dla turystów.

Następnego dnia udałem się na Isla del sol. Przyznam, że miejsce przypadło mi do gustu – otaczające, granatowe jezioro Titicaca, trochę zieleni, dryfujące łódki, spokój.. jedyny minus to dość zimno (wysokość ok. 4000m). Poza tym, często ludzie nie podnoszą głowy odpowiadając z wielką łaską "dzień dobry", ale nie wszyscy – niektórzy w ogóle nie odpowiadają. Mimo wszystko napawałem się tą sielanką przez 3 dni.

Po powrocie do Copacabana, wziąłem od razu busa do La paz. Po drodze zatrzymaliśmy się i niektórzy zaczęli wysiadać. Widzę, że jest prom więc myślę albo przerwa na obiad albo gdzieś się przesiadamy. Wychodząc pytam kierowcę co się dzieje?

Kierowca: Lunch.

Ja: Ile czasu?

Kierowca: 15 minut.

Ok, na początku wziąłem plecak, ale cofnąłem się go zostawić. Już przez okno widziałem jakieś empanady więc idę, jednak zahaczyłem o sklep.

Ja: Ma pani słodkie bułki?

Ona: Tak, tak, 50 centimos.

Widzę, że zwykła bułka, zapytałem jeszcze raz ale myślę dobra, może w środku coś ma. Ugryzłem dwa razy i pytam się to jest słodkie? Coś pomamrotała pod nosem, rzuciłem to na ladę i poszedłem. Odłamała nadgryzioną część i wyrzuciła na ulicę, a resztę zaczęła zadowolona wpie*dalać.

Poszedłem po te empanady.. pytam z czym one są? Z jajkiem. Mówię, że chcę z szynką, serem i pomidorem – na Isla del sol jadłem właśnie takie i były tak pyszne, że dzień wcześniej, wieczorem, zamówiłem je sobie na rano (kobieta sprzedawała je jedynie po południu, ale nie było problemu). Podziękowałem i poszedłem do następnego stoiska. Słyszę coś o kurczaku, więc proszę o empanadę z kurczakiem, niech już będzie. Jem, jem, ale kurczaka nie widać, jest za to jajko i jakieś ziemniaki. Pytam się gdzie ten ku*wa kurczak? Oj, oj nie ma? może się pomyliłam.. olałem temat i wracam.

Zachodzę tam skąd wysiadłem – busa nie widać. W połowie drogi do drugiego wybrzeża płynie jakiś podobny, ale rozglądam się tędy, tamtędy, podszedłem jeszcze kawałek zajrzeć za budynek – no nie ma, to musi być ten na promie. Szczerze to bym go olał.. w sumie nawet miałem przy sobie to co najważniejsze, czyli telefon, aparat, kartę do banku i skan paszportu, ale bez plecaka raczej musiałbym zakończyć podróż.

Widzę stoją jakieś łódki więc biegnę, pytam o cenę. Usłyszałem 50 bolivianos – dobra, płyniemy, byle szybko. Mówię, że muszę dogonić tamten autokar – nie ma problemu, będziemy w 5 minut, a on płynie 20. Spoko, pytam jeszcze raz o cenę – 20 – wcześniej w szoku, myślę że nawet średnio go słuchałem, bo zapłaciłbym i 100.

Dopłynęliśmy do brzegu, autokar ma jeszcze kawałek, ale widzę 3 dziewczyny, które też jechały busem – robią sobie zdjęcia. Pytam jak się tu dostały? Zbiorową łódką – 2 bob za osobę. Emocje lekko opadły ale dalej byłem wku*wiony – może kierowca powiedział im wcześniej ocb, ale przecież do ch*ja pytałem jak człowiek i tutaj nie przesłyszałem się na pewno. Już miałem iść mu tam wszystko wygarnąć, ale stwierdziłem, że opanuje nerwy. Założyłem słuchawki (dwa dni wcześniej moje słuchawki gdzieś zostawiłem, ale znalazłem w plecaku dwie zapasowe pary) i wciąż myśląc o tym wszystkim zdecydowałem, że z La Paz od razu biorę busa do Uyuni, a potem spadam do Chile, bo szkoda nerwów. Podobno w cieplejszych rejonach są też cieplejsi ludzie, ale w czasie tego pobytu odechciało mi się tego sprawdzać.