Salar de Uyuni

Posted from Potosi Department, Bolivia.

3 dni w cholernej soli, piasku i kurzu, na cholernym zimnie, wietrze i słońcu. Noclegi na wysokości 4300m, gdzie nie da się spać, bo głowa pęka. Złapałem przeziębienie, a na ustach do tej pory mam strupy i opuchliznę. Mimo wszystko polecam! 🙂

Wyjazd raczej ciężko zorganizować na własną rękę, szczególnie gdy jest się samemu. Przeszedłem się po biurach turystycznych i najtańsza opcja to 650-700 bolivianos (325-350 zł). Myślę, że dałbym radę zejść do 600, ale naczytałem się różnych opinii o biurach i szczerze to aż zacząłem się obawiać tego wyjazdu. Zdecydowałem się w końcu na "Brisa Tours" czy jakoś tak.

W biurze był jeszcze jeden chłopak z Tajwanu, który również jechał na trzy dni, czyli w mojej grupie. Po zapłaceniu, wpisując się na listę zauważyłem, że jedzie też para Kanadyjczyków – myślę spoko. Kiedy jednak w kolejnej rubryce zobaczyłem ich wiek, szczena mi opadła – 61/65 lat. Po chwili szoku doszedłem do siebie i myślę może nie będzie źle, poczekamy zobaczymy. Poza tym jak firma poleci w kulki, to nie wierzę, że jej popuszczą – będzie się komu kłócić, a z drugiej strony agencja podejdzie do nas inaczej niż do grupy małolatów.

Dzień 1

Czekając na auto poznałem resztę grupy – okazali się całkiem sympatyczni i nawet dobrze się gadało. Ron i jego żona sprzedali dom w Kanadzie i przeprowadzają się do Australii, do swoich dzieci. W między czasie wymyślili, że po drodze można coś jeszcze zwiedzić i tak wylądowali w Ameryce Południowej. Ron jest "fotografem" i z tego co opowiadał, zwiedził sporą część świata. Już po planowym czasie odjazdu, okazało się, że czekamy na jeszcze dwie osoby – syna z matką, boliwijczyków z La Paz.

Wyruszyliśmy ok 11 rano. Na początek cmentarzysko pociągów, które już widziałem dzień wcześniej (z Uyuni można dojść spacerkiem). Są tam najróżniejsze wagony i lokomotywy sprzed około 100 lat, a raczej to co z nich zostało. Z jednej strony kupa złomu, ale z drugiej jakbym był dzieckiem, to siedziałbym tam każdego dnia – wspaniały plac zabaw. Będąc dzień wcześniej samemu, były tam jeszcze dwie inne osoby, a gdy pojechaliśmy z grupą, było ponad 100!! (dlatego właśnie wspomniałem o organizacji na własną rękę).

Kolejny postój na targu w wiosce, w której jest wydobywana i przetwarza sól – można kupić wszelkiej maści pamiątki z niej wykonane – strata czasu.

Dalej udaliśmy się na Salar de Uyuni czyli gwóźdź programu – największy na świecie płaski teren pokryty solą. Tutaj za wiele nie oczekiwałem – tak jak na Machu Picchu, widziałem jak to wygląda na zdjęciach i byłem przekonany, że tak samo wygląda na żywo. Nie rozczarowałem się. Dużo tej soli.. oczywiście zdjęcia z dinozaurami i inne z "wymuszoną perspektywą" to podstawa – śmiesznie wygląda 10 osób leżących z aparatami, i reszta przed nimi w różnych pozycjach. Restauracja ze ścianami, stołami i siedzeniami z bloków soli, a na koniec dnia, również solny hotel. Myślę, że miejsce robi większe wrażenie w porze deszczowej, kiedy to cała powierzchnia jest pokryta 5-10 cm warstwą wody i tworzy jedno ogromne lustro, odbijając góry, wulkany i chmury gdy już się pojawią, ale może tam jeszcze wrócę w tej porze. Dowiedziałem się też, że jest to idealna płaszczyzna do kalibracji satelitów – ze swoimi właściwościami jest pięć razy lepsza niż oceany.

Dzień 2

Następnego dnia zrobiło się ciekawiej – nawet udało się zobaczyć jakieś dzikie zwierzęta, typu viscacha (czyli coś jakby królik z długim ogonem), flemingi czy culpeo (nibylisy andyjskie). Oprócz tego piękne, górskie, a raczej wulkaniczne krajobrazy (jeden z wulkanów nawet puszczał sobie dymki), kolorowe laguny – niebieskie, białe, czerwone i zielone (choć ta ostatnia zielona nie była, ze względu na brak wiatru) oraz.. chmary turystów. Nocleg mieliśmy w prostym hostelu na wysokości 4300m i pomimo, że do 4000 już bylem przyzwyczajony, to przez te 300m wyżej, całą noc pękała mi głowa i nie mogłem spać. Nie pomogła herbata z koki ani żucie jej liści czy też ostre chilli na obniżenie ciśnienia.

Dzień 3

Trzeciego dnia pobudka o 4 rano, żeby zjeść śniadanie (zakwaterowanie i wyżywienie były w cenie) i dojechać na wschód słońca do miejsca, gdzie są gejzery (krócej musiałem się przewracać na łóżku). Gdy ujrzałem parę wyrzucaną pod ciśnieniem spod ziemi niczym z czajnika, to przyznam, że mnie zamurowało. Jeszcze lepiej, że można było się tą parą ogrzać, bo temperatura na powierzchni wynosiła sporo poniżej zera (obstawiam 10-20 na minusie). Krajobrazy niczym z innej planety – pagórki, para, chlupiące, gorące błotko (lawa czy coś w tym rodzaju), a do tego wschód słońca – coś pięknego. Szkoda tylko, że temu wszystkiemu towarzyszył nieznośny odór i wspomniana temperatura – aparat zamarzł tak, że nie mogłem przekręcić pierścienia. Ja też zamarzałem, więc zaraz trzeba było uciekać do auta.

Później jeszcze wstąpiliśmy na gorące źródła, jednak ze względu na różnicę temperatur ani myślałem wchodzić do tej gorącej wody, bo chyba bym nie wyszedł. Za to od fotografowania parującej wody o wschodzie słońca nie mogłem się oderwać.

Po tym udaliśmy się już w stronę granicy – zarówno ja jak i para Kanadyjczyków, wzięliśmy opcję zakończenia wyprawy po stronie Chile.

W busie wpisując się na listę pasażerów gęba mi się roześmiała, jak zobaczyłem, że poprzednie dwie osoby mają wpisane "Polaco". Było z kim pogadać, w drodze do San Pedro, bo szczerze to staruszków (szczególnie jego) już miałem dość i nie tylko ja.

W San Pedro de Atacama spędziłem 2 noce na bardzo intensywnym opie*dalaniu się. Trzeciego dnia postanowiłem wyruszyć na stopa do Argentyny, ale przez około 6 godzin na tej pustyni, udało mi się pokonać 40 km… i wrócić. Spędziłem tam dodatkową noc i rano wziąłem busa. Między czasie poznałem jeszcze jedną sympatyczną polkę, która mieszka tam od miesiąca – przechodząc ulicą akurat ktoś ją zapytał o kraj i mi się usłyszało. Przynajmniej ktoś ma zgodne z moimi odczucia z podróży – najlepsi ludzie są w Kolumbii, a najmniej sympatyczni w Boliwii. Swoją drogą czyżby tak dużo Polaków było w Chile? Sprawdzę później, tymczasem Argentyna!