Posted from Marrakesh, Marrakesh-Tensift-El Haouz, Morocco.
4 godzinny z powrotem do Fezu, a później kolejne 10 do Marrakeshu, skąd chłopaki mają lot powrotny. To miasto przypomina Fez pod względem ludzi i szczerze, po kilku dniach obganiania się od naciągaczy w Medinie, czuję się jakbym był pod wpływem jakiegoś terroru psychicznego, a głowa momentami mało nie eksploduje mi ze złości (delikatnie mówiąc).
Każdy łże jak pies, w żywe oczy, pokazując zły kierunek (pomimo, że nikt nie prosił o pomoc), mówiąc, że droga jest zamknięta lub zawyżając cenę 5 krotnie widząc turystę.
Dla przykładu wyszliśmy zobaczyć jakąś atrakcję, pałac Bahia. 100 metrów dalej młody chłopak mówi, że tam nie ma przejścia, wymyśla jakieś święta, muzułmanów na kolanach itp. Myślimy ok, wydaje się wiarygodny, miły i uprzejmy, pokazując nam drogę w innym kierunku. Podziękowałem i upewniłem się, że dobrze rozumiem, ale ten mówi, że nam pokaże. Oczywiście podziękowałem – już wiemy gdzie mamy iść, dodatkowo mam GPS. Nie, on nas podprowadzi, nie ma żadnego problemu. Sytuacja powtórzyła się 3 razy – na każdym zakręcie. W końcu podziękowałem i daję mu 1 polski grosik na pamiątkę, a ten do mnie, że on tego nie wymieni ??? tłumaczymy mu śmiejąc się z sytuacji, że to na pamiątkę, a ten wyskakuje, że nic z tym nie zrobi, żeby mu dać 200 (słownie DWIEŚCIE) dirhamów, czyli 20 EURO!!! Krew mi się zgotowała i myślałem, że mu przypie*dolę, ale wyciągnąłem 5 MAD i mu daję, słysząc w odpowiedzi, że to mogę dać małym dzieciom. Zabrałem, odwróciłem się i poszedłem. Robert coś tam jeszcze z nim dyskutował i dał mu chyba 3 polskie złote.
Podobne sytuacje przewijały się cały czas i tak mnie zmęczyły psychicznie, że postanowiłem opuścić Maroko przy najbliższej możliwej okazji. Wprawdzie mogłem omijać Medinę, udać się do innego, spokojniejszego miasta, dać jeszcze jedną szansę, sprawdzić czy nie inaczej będzie kiedy będę sam, ale może następnym razem.
Ostatniego dnia udaliśmy się z Dawidem na plac Jemaa El Fna. Nazwałbym to miejsce koncentratem Marrakeshu. Można tam spotkać ludzi z małpami na łańcuchach, zaklinaczy węży z kobrami, kobiety prezentujące taniec brzucha czy malujące na dłoniach te skomplikowane wzorki z henny. Oprócz tego pełno budek ze świeżymi sokami i pysznym, lokalnym jedzeniem.
Z każdego stoiska ktoś do Ciebie krzyczy, mężczyźni podchodzą, zapraszają zapewniając, że u nich jest najlepiej i z każdym trzeba chwilę pogadać by się odczepił. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale serio jedna osoba odchodzi, a czeka na Ciebie juz kolejna. Wiele osób natychmiast rozpoznaje Polaków i często znają kilka słówek lub zwrotów po polsku, jak np. „Dzień dobry”, „dobra zupa z bobra”, „herbata za darmo” czy „spoko Maroko”. Najlepsi posunęli się jednak dużo dalej i można było od nich usłyszeć bardziej skomplikowane wypowiedzi. Jeden tekst rozbawił mnie najbardziej – „Mamy wszystko! Baranina, wołowina, kurczak, kuskus, tajine.. nie drogo, taniej niż w Biedronce! Lepiej niż u mamy!” ? Były też komentarze po polsku odnośnie polskich kucharzy czy piłkarzy.
Spędziliśmy tam całe popołudnie aż do późnej nocy wybierając pamiątki, kartki, spacerując, popijając świeże soki i próbując ogarnąć zmysłami cały ten chaos.
Tymczasem jestem już na pokładzie samolotu. Najtańszy lot jaki znalazłem był do Genewy z przesiadką w Lizbonie, a ponieważ Szwajcaria mnie zbytnio nie ciągnie, to prawdopodobnie przesiadkę odpuszczę..