Ushuaia – fin del mundo

Posted from Ushuaia, Tierra del Fuego Province, Argentina.

Nie dużo brakowało, a znowu trafiłbym na wolontariat. Zagadałem z właścicielem i od razu wydał się zainteresowany, początkowo nie chciał pieniędzy. Później jednak trafiłem na jego siostrzeńców i zaczęli wymyślać jakieś „szkolenia”, przez co potrzebują kogoś na minimum 2-3 miesiące (strata czasu).

Wprawdzie nie spodziewałem się wiele po „końcu świata”, bo każdy kto tam był, dawał raczej negatywne lub neutralne recenzje. Okazało się jednak, że miasteczko jest całkiem w porządku. Trochę przypomina Bariloche – woda, otoczenie gór, wzgórzysty teren i kwitnąca turystyka. Dodatkowo było dość ciepło, a jedynie trochę wietrznie – dobrze, że nic cieplejszego nie kupowałem.

Drugiego dnia wybraliśmy się z kilkoma osobami do parku na trekking. Z widoków nic mnie specjalnie nie zachwyciło i bardziej wartościowa była dla mnie rozmowa ze starszym mężczyzną, z którym szedłem – Doug’iem. Znał „Sekret”, znał Dale Carnegie’a, pogadaliśmy o życiu i polecił mi kilka ciekawych pozycji.

Były z nami 3 dziewczyny (a raczej gdzieś tam sobie były), nie wiem czy wszystkie miały złe dni, czy ugryzła je ta sama osa, ale wypad zakończył się wielkim fochem. Tutaj potwierdziło się jednak po raz kolejny, że wszystko to kwestia podejścia i nastawienia do otoczenia i świata – jak jesteś pszczołą, to widzisz wszędzie kwiaty, jak jesteś muchą, to widzisz wszędzie gówno.

Od dłuższego czasu myślałem, by z Ushuaia złapać wodny autostop dokądkolwiek – Afryka, Nowa Zelandia czy choćby US. Życie zweryfikowało moje widzimisię, bo okazało się, że wszystkie statki z Ushuaia płyną na Antarktydę. W pierwszej chwili przeszło mi przez myśl „czemu nie?”, ale z drugiej strony nie kręci mnie to aż tak bardzo, żeby darmo marznąć przez dwa tygodnie (nie wiem za co ludzie płacą po 5k USD). Wprowadzam w życie plan B, czyli Buenos Aires, Urugwaj i Brazylia.