Cały hostel na urodziny

Posted from Puerto Madryn, Chubut Province, Argentina.

Jeżeli ktoś pamięta co pisałem na temat autostopa w Argentynie, to w okolicach Patagonii może o tym zapomnieć. Szczerze jest on tam prawie tak sprawny i przyjemny jak w Kolumbii.. czasami trzeba tylko dłużej poczekać.

Do Punta Arenas zmieniałem auta chyba osiem razy, przy czym żeby tylko wyjechać z miasta, podwiozły mnie dwa (zarówno w Ushuaia jak i Rio Grande). Ostatni odcinek pokonałem z Estebanem i Lukasem z Argentyny, którzy jechali do Torres del Paine i też zrobili sobie tam nocleg ale w innym miejscu.

Następnego dnia chciałem wymienić zaległe chilijskie pesos. Szwędając się po centrum, nagle ktoś krzyczy „Marcin, Marcin!”, odwracam się, a tam stoi Esteban i się cieszy. Pojechałem z nimi dalej do Puerto Natales, a dalej dostałem się do Rio Turbio w Argentynie.

Ponieważ do Buenos Aires było dość sporo drogi, pomyślałem, że wstąpię jeszcze raz do El Calafate i zobaczę Perito Moreno, które wcześniej odpuściłem. Łapanie stopa szło jednak tak topornie, że zacząłem rozglądać się za miejscem do rozbicia namiotu, gdyż przez te kilka godzin odszedłem spory kawałek od miasta i zaczęło się robić późno.

Zatrzymałem się jeszcze chwilę popatrzeć na auta szalejące po torze wyścigowym i już miałem iść w stronę zielonej trawki, gdy nagle auto jadące z przeciwnego kierunku zawróciło i zatrzymało się przy mnie.

Juan jechał do Rio Gallegos, gdzie już wcześniej przypadkiem wylądowałem i gdzie nie ma kompletnie nic – dziura zabita deskami. Jako, że jednak przebiega tamtędy Ruta 3, prowadząca do Bs As, postanowiłem pojechać z nim.

Jak się później dowiedziałem, Juan jechał do Cordoby, więc pojechaliśmy razem dalej. Jadąc całą noc i kawałek kolejnego dnia, trafiłem do Puerto Madryn, wielokrotnie polecanego przez ludzi.

Szukając hostelu, ceny nie schodziły poniżej 200 pesos. Jeden mężczyzna w recepcji zaczął mnie przekonywać, że ta cena jest w każdym hostelu, a nie może jej dla mnie obniżyć, bo.. bla bla bla. Zaczął pokazywać mi ceny w internecie (wszędzie po 200), ale mówię, że w poprzednim łóżko kosztowało 180, tyle że nie było miejsc. Na to on, że nie wie czemu tak, skoro cenę online mają wyższą. Spojrzałem na niego jak na kogoś kto robi ze mnie idiotę i ponieważ nie chciałem być niegrzeczny, wyszedłem. Zarówno on jak i ja dobrze wiedzieliśmy, że za rezerwacje online, hostele muszą płacić prowizję, stąd niektóre z nich mają niższą cenę, gdy zapyta się bezpośrednio na miejscu (polecam zapamiętać).

Odwiedziłem jeszcze kilka innych i niestety cena była taka sama. Zaszedłem jednak do jednego i dzwonie raz, drugi, w końcu przychodzi uśmiechnięta kobieta. Pytam czy są miejsca i jaka cena.. tak, są, 120 pesos (100 bez śniadania). Hostel nie był jeszcze otwarty, dopiero sprzątali i wszystko przygotowywali. Nie było Wi-Fi, które jednak bez problemu łapałem z budynku obok. W ten sposób miałem nie tylko prywatny pokój, ale cały hostel tylko dla siebie i to za pół ceny 😉 Nie było nawet recepcjonistki, a pojawiała się jedynie rano by przygotować śniadanie.

Wszystko ma jednak swoje wady i zalety, bo urodziny też przyszło mi spędzić samemu. Było dużo miejsca na zrobienie imprezy, tylko nie było z kim. Nadrobimy..