Posted from Chubut Province, Argentina.
Robią mi się coraz większe zaległości, ale spokojnie..
Przed dalszą podróżą w stronę Buenos Aires, postanowiłem zobaczyć pingwiny, więc trzeba było się kawałek wrócić (jakieś 250 km). Mężczyzna, który pracuje w turystyce i kawałek mnie podwiózł, próbował mi wyjaśnić, że może być ciężko, bo to miejsce jest 60 km od głównej drogi, mało kto tam jeździ, a busy turystyczne kursują tylko z samego rana (było już po południu, bo przecież lubię pospać). Nie zważając jednak na jego małą wiarę, dojechałem tam nie czekając dłużej niż 15 minut, a dodatkowo na miejscu zapłaciłem za bilet tyle, co płacą Argentyńczycy – dzięki mężczyźnie z matką, z którymi przyjechałem i później wróciłem.
Swoją drogą to średnio fajna akcja, gdy obcokrajowiec płaci 180 pesos (gdzie dodatkowo kosztuje go transport z innego kraju, nocleg i ogólnie zostawia w tej Argentynie kupę kasy), a lokalni płacą… 30! Zrozumiałbym pół ceny, ale sześciokrotna różnica?! Tak samo było zresztą w Torres del Paine. Czy w Europie ktoś już pomyślał, by podliczać ich w podobny sposób? Bo jak na moje oko to nie są to ani biedniejsze, ani tańsze kraje niż Polska.
Co do samych pingwinów, zajmują dość spory obszar. Jest to największa i najważniejsza kolonia w Ameryce Południowej. Tuptają sobie tup, tup, tup tu i tam. Ich gniazda to takie zagłębienia w suchej ziemi, gdzie wylegują się razem z młodymi, czyli sprzecznie z moim wyobrażeniem nie ma tam ani śniegu, ani lodu (może inny typ). Akurat miałem okazję zobaczyć je chyba w każdej możliwej sytuacji – jak pływają, krzyczą, śpią, kochają się, przytulają, jak są młode, stare, martwe i oczywiście jak sobie tuptają.
Ogólnie pozytywnie, ale nie na tyle, by płacić za taką wycieczkę 300 zł (jak większość znajomych), skoro można 8 zł (to tak odnośnie oszczędzania)