Posted from San Carlos de Bariloche, Río Negro, Argentina.
Do Osorno dotarłem po 6 rano, a ponieważ na pierwszy bus do Bariloche trzeba było trochę poczekać (i jeszcze więcej zapłacić) dałem znowu szansę autostopowi. Zatrzymał się pierwszy kierowca! Jak za starych dobrych czasów 😉 jechał do Entre Lagos, położone nad ładnym jeziorem, więc przy okazji zwiedziłem okolicę. Myślę, że byłyby genialne zdjęcia, gdyby słońce było w innym położeniu, ale nie byłem na tyle cierpliwy by czekać na to cały dzień. Z drugiej strony jakbym miał więcej czasu to pewnie zostałbym na noc, bo miejsce było bardzo przyjemne.
Zjadłem śniadanie mistrzów z widokiem na ośnieżone wulkany i ponownie nie musiałem długo czekać, by kierowca trucka zabrał mnie do samej granicy. Dzięki temu, zanim autokar wyjechał z Osorno, ja już załatwiałem pieczątki do paszportu. Taki szczęśliwy byłem dopóki nie znalazłem się po argentyńskiej stronie. Inny świat – nikt się nie zatrzymuje. Nawet kierowca, z którym tam dojechałem i umówiłem się na dalszą trasę nie pojawił się – przepadł jak kamień w wodę. Tym sposobem po kilku godzinach widziałem mijający mnie autokar, którym miałbym jechać 😉 Zabrał mnie dopiero mężczyzna, z którym przejechałem granicę (od kontroli w Chile do kontroli w Argentynie, jest jakieś 30-40 km) i dojechałem z nim do samego Bariloche, a do centrum podrzucił mnie jeszcze jeden chłopak.
Po drodze (już od granicy) widoki ponownie mnie zachwyciły. Piękne, malownicze krajobrazy, niczym z okładki NG. Ośnieżone góry, łyse drzewa o wręcz srebrnym kolorze, jeziora i wspaniała pogoda – myślałem, że trzeba będzie wyjąć kurtkę, a okazuje się, że można by zdjąć nawet koszulkę (opaliłem już kark).
W Bariloche wybraliśmy się z moim hostem, Pat i kilkoma innymi osobami na mały trekking na punkt widokowy – choć krajobraz podobny do tego w Kolumbii z El Peñon de Guatape, to nie zaszkodziło sobie przypomnieć. Dodatkowo była z nami para z Litwy – dziewczyna pracując w Irlandii, zamiast angielskiego nauczyła się polskiego 😉 Dobrze jest czasami pogadać z kimś w ojczystym języku.
Zostanę tu jeszcze dzień lub dwa i dalej ruszamy z Pati na południe autostopem. Zobaczymy gdzie uda się dotrzeć, bo pierwszy interesujący nas punkt jest oddalony o ponad 1000km – Torres del Paine! 🙂