Posted from El Calafate, Santa Cruz Province, Argentina.
Zgodnie z planem, wyruszyliśmy z Bariloche w sobotę w południe (trzeba było się wyspać). Nie miałem wielkich oczekiwań co do stopa, jednak szło całkiem sprawnie. Tak sprawnie, że pod koniec dnia jak zabrał nas Richard truckiem, po prawie 40 godzinach dojechaliśmy do Rio Gallegos oddalonego o 1600 km. Niestety nic mnie tam nie zaskoczyło – dziura zabita deskami, choć co niektórzy do ostatniej chwili wierzyli, że będzie inaczej.
Następnego dnia udaliśmy się do El Calafate i tam było już dużo lepiej. Niestety skończyła mi się Argentyńska gotówka i nie pojechałem zobaczyć głównej atrakcji jaką są lodowce.
Koleżanka otrzymała ofertę pracy w Buenos Aires, więc kupiła bilet na kilka dni później, a ja pojechałem dalej z kolegą z Niemiec do Puerto Natales w Chile. Miasteczko mi się od razu spodobało, ale po raz kolejny pochwaliłem dzień przed zachodem – jest cholernie zimno i dzień w dzień pada. Mimo wszystko znalazłem wolontariat w jednym z hosteli i tak sobie tu wegetuję czekając na lepszą pogodę, by udać się do Torres del Paine – jednego z najpiękniejszych parków na świecie. Bilety wstępu będę miał w ramach wolontariatu za darmo.
Chile przypomina mi trochę Polskę – podobne życie, jedzenie, ludzie, a nawet flaga. Wczoraj piłem polską Wyborową (wcześniej kilka razy vodka.pl), a dzisiaj jadłem grochówkę i "pierogi" (bez nadzienia). Mimo wszystko to nie to samo 😉