Posted from Salta Province, Argentina.
Ponieważ łapanie stopa szło jak krew z nosa, a w oddali zauważyłam ładne jezioro, naszło mnie na camping. Choć nie byłem przygotowany – jakieś 200ml wody i nic do jedzenia, to jednak serce wygrało z umysłem.
Byłem już trochę zmęczony, a droga dłuższa niż się wydawało, ale było warto. Laguna zamknięta z jednej strony górami, a z drugiej (mojej) sady, łąki na których pasą się konie i inne bydło, dużo najróżniejszego ptactwa i ja pomiędzy tym wszystkim – młody Bóg 😉 hehe
W końcu przydały się tabletki do uzdatniania wody i słomka do jej filtracji. Grzebiąc w plecaku znalazłem jakieś ciastka, cukierki z koką i batona, więc wyszło na to, że przeżyję, choć już zaczęło chodzić mi po głowie łowienie ryb – haczyki i żyłka może przydadzą się następnym razem.
Wieczorem mogłem podziwiać piękny zachód słońca. Gdy słońce zaszło, pokazało się niesamowicie gwieździste niebo z drogą mleczną, które podziwiałem później jeszcze raz w środku nocy, gdy droga była bliżej horyzontu. Nad ranem koło 4-5 zaczęło robić się zimno, później zaczęły się drzeć jakieś pterodaktyle i tyle było z mojego snu przez całą noc. O świcie ciężko było wyhylić głowę z namiotu w ten ziąb, ale wschodu słońca nie podarowałem, a później jeszcze galopujące konie w tą i z powrotem, żywioł, wolność – coś wspaniałego 🙂
W drodze powrotnej na przejściu stanął mi jeden z czarnych koni, ale poszło gładko – odszedł na bok. Dalej spotkałem byka, którego już ja musiałem ominąć dość sporym łukiem, podczas gdy ten stojąc dumnie mierzył mnie wzrokiem. Następnie jednak natknąłem się na ich całe stado z krowami i młodymi. Na początku wszedłem w tłum dzielnie i spokojnie i kilka odeszło na bok, reszta była jednak zbyt stanowcza by się ruszyć. Kiedy zobaczyłem, że jeden z nich grzebie w ziemi lewym kopytem, jednocześnie patrząc na mnie "spod byka", podczas gdy ja jeszcze corridy nie widziałem, darowałem sobie zgrywanie bohatera i pokornie udałem się w kierunku płotu z dodatkiem drutu kolczastego. Dzięki temu mam jedynie zadrapanie na palcu, zamiast dziury w brzuchu – czyż życie nie jest piękne? 😉
Kolejne próby dojechania autostopem szły podobnie jak dzień wcześniej, a gdy w końcu postanowiłem zatrzymać autokar, miły kierowca, do najbliższego miasteczka zabrał mnie za free. Z dalszych prób zrezygnowałem, bo poza jednym wyjątkiem jakim był Gustavo, podróż tym sposobem w Argentynie to bardziej kara niż przyjemność..
..a jak miło wsiąść do klimatyzowanego, wygodnego autokaru, po dwóch dniach w pełnym, argentyńskim słońcu.. 😉