Posted from Provincia de Napo, Ecuador.
Jak juz się wyspałem, opuściłem hostel i wyruszyłem szukać transportu do Talag (zgodnie z instrukcją podaną przez hosta). Jadąc busem, droga wiodła przez dżunglę wśród typowej, bujnej roślinności. Wysiadłem przy znaku z małpą i trochę niepewnie, udałem się ścieżką wgłąb lasu.
Po około 500m doszedłem do piętrowego, drewnianego domku. Na tarasie, na podłodze leżał mężczyzna, ekwadorczyk. Już zacząłem myśleć, że ćwiczy jakąś jogę czy coś w tym stylu, ale tylko rozwiązywał krzyżówki. Przywitał mnie i zaraz pojawił się drugi – Leonardo z Argentyny.
Oprowadzili mnie po lokalu, chwilę porozmawialiśmy i poszli pracować, a ja przeszedłem się po okolicy i później do nich dołączyłem. Zastanawiałem się czemu oni ładują tak mało piasku na taczki. Okazuje się, że w tym klimacie nawet jeden taki kurs z taczką może wykończyć. Pierwszą załadowałem do pełna, ale ucząc się na błędach później brałem z nich przykład i mimo to myślałem, że padnę – gorąco, duszno, pot się leje – masakra. Chwilę tak popracowaliśmy, ale na szczęście współpracownicy bardzo szanują pracę – wspomniane ładowanie "po troszeczku", przerwa przed przerwą, przerwa po przerwie i jakoś udało się przetrwać.
W domu mieszka obecnie 5 osób. Jorge (Ekwador), Rachel (UK), para ze stanów, która przybyła wieczorem i ja. Dodatkowo jest jeszcze mężczyzna z Argentyny oraz 2 z Ekwadoru przy czym 2 z nich nocuje w domkach na drzewie, w lesie, a jeden mieszka w pobliżu (ten od krzyżówek).
Po pracy miałem okazję ochłodzić się w naturalnym basenie w środku lasu, z wodą z rzeki. Między czasie zacząłem czytać znaleziona w biblioteczce książkę – "Wszystko czego potrzebuję, nauczyłem się na placu zabaw", a także dowiedziałem się kilku rzeczy.
Miejsce w którym jestem jest bardzo pro ekologiczne, a mieszkańcy (przynajmniej niektórzy) wyznają kult krishna, nie je się tutaj produktów pochodzenia zwierzęcego i ćwiczy jogę.
Woda na prysznic jest ogrzewana kompostem – podobno czasami jest wręcz gorąca. Wyrabiana jest tutaj własnej produkcji czekolada, masło orzechowe, chleb, przetwory, mydło – wszystko biologiczne i ekologiczne. Są "suche toalety" – żeby skorzystać, musiałem zapoznać się z instrukcją. Wszędzie są żółte żarówki, które mniej przyciągają owady.
Jest bardzo wiele zasad. Kolację je się na podłodze, wiec po domu chodzi się boso. Posiłki są przyrządzane wg grafiku w ściśle określonych porach, przy czym w czasie jego przyrządzania, nie można podjadać ani nawet próbować – dopiero po "ofiarowaniu", bo posiłki nie są przyrządzane dla domowników tylko dla krishny. Są dwa zlewy – jeden do mycia naczyń do jedzenia, a drugi na naczynia do przyrządzania posiłków.
Co do samej dżungli, wszystko jest większe – pająki, jaszczurki, karaluchy, mrówki i pomimo, że nie spotkałem żadnego drapieżnika, to już same owady wydają się być dużo bardziej drapieżne i przypominają raczej mini potwory – więcej będziecie mogli zobaczyć na zdjęciach.
—
W sobotę po śniadaniu sprzątanie domu, a reszta dnia wolne. Z dziewczyną z Anglii wybraliśmy się do Laguna Azul – udało się na jednym stopie i w jedną i w druga stronę.
Szukaliśmy w tym całym "obiekcie" rezerwatu z motylami.. niestety wszystko tak dobrze oznaczone, że przeszliśmy kilka kilometrów po hmm.. nie wiem czy to bardziej ścieżka, czy raczej rzeczka i w końcu zawróciliśmy sprawdzić inne atrakcje. Tak czy inaczej był to dość przyjemny spacer, boso przez dżunglę.
Miejsce okazało się jak zwykle zachwycające. Lazurowa woda w rzece, a w tle bujna, egzotyczna roślinność – krajobrazy jak z filmu albo i lepsze. Nie wiem co więcej napisać o tym miejscu, ponownie odsyłam do zdjęć choć i one niewiele oddadzą.
Po powrocie udałem się pod prysznic. Jakoś tak wyszło, że poszedłem boso, było ciemno, a po drodze sobie przypomniałem, że dzień wcześniej widziałem tam tarantulę (albo coś w tym rodzaju). Jakoś udało się jednak przebrnąć, zapalam światło, tarantula siedzi praktycznie w tym samym miejscu co wczoraj tylko skulona, a dookoła niej pełno młodych – przynajmniej na początku tak pomyślałem. Wziąłem prysznic, poinformowałem resztę i kiedy wróciłem, okazało się, że to mrówki, rzeka mrówek – jakby ktoś rozsypał mrowisko. Problem powstał, kiedy zaczęły się rozchodzić po domu. Rezerwat ekologiczny, więc chemii brak. Była próba zwalczania ich między innymi bardzo pikantnym, popularnym w Ameryce "aji". Jako, że akcja działa się po kolacji, to było też sporo śmiechu: "może zupy im jeszcze daj". W końcu poprzestaliśmy na wrzątku i polewaniu wszystkiego wprost z czajnika. Sytuacja w miarę opanowana i wszyscy wrócili do relaksu, choć w sumie to wciąż nie mam pewności czy toaleta jest bezpieczna, ale to jest dżungla, tego nie pomalujesz..
—
Sorry za ewentualne błędy ale internet na kartki i nie mam czasu ogarnąć. Jestem juz w Coca i szukam transportu drogą wodną do Iquitos 🙂 jak się nie uda albo będzie za drogo to pomyślimy nad czymś innym.. miłego wieczoru!