Posted from Máncora District, Piura, Peru.
Trafiłem do Mancora – bardzo turystyczne miasteczko na wybrzeżu. Całkiem przyjemne, ale dwa dni obijania się to dla mnie w sam raz. Między czasie widziałem fragmenty peruwiańskiego wesela – nie zauważyłem żadnych różnic w porównaniu do polskiego, choć przyznam, że zbytnio się nim nie interesowałem.
Miałem sporo czasu na spokojne obserwowanie otoczenia. Z ciekawszych akcji taka sytuacja: wieczór, ciemno, plaża, dość wietrznie jak to nad morzem, ale jednak w miarę ciepło. Na schodach "grzybka" usiadły dwie młode, białe dziewczyny, na oko 23 lata i zapaliły blanta. Siedzą spokojnie, rozmawiają, nagle podbija do nich dwóch strażników. Jeden od razu wącha skręta, zabiera i zaczyna głosić jakieś reprymendy – nie słyszałem rozmowy, ale dobrze wszystko widziałem. Dziewczyna oczywiście przerażona próbuje się bronić, mało się tam nie rozpłacze, ale strażnik nieugięty. Nie wiem czy chciał jej wlepić mandat czy dzwonić na policję, ale dziewczynie udało się ustrzec. Strażnicy odeszli i stanęli sobie parę metrów dalej "pilnując" okolicy. Po chwili gdy dziewczyny się zmyły, strażnicy zapalili blanta i spokojnie go dokończyli, a później odjechali. Pomimo, że z mojego punktu widzenia to wszystko wyglądało śmiesznie bo od razu było widać, że to pic na wodę i tylko o to tym strażnikom chodzi, to rozumiem też przerażenie dziewczyn, szczególnie jeżeli były na fazie.
Obecnie jestem juz w Chiclayo. Dostałem się tu trzema stopami przy czym jeden podjechał samochód z przyciemnianymi szybami i nie byłem pewien czego się spodziewać, ale w środku siedział ojciec z córką. Moje odczucia jednak znowu się zmieszały gdy ruszyliśmy i kierowca cisnął prawie 200km/h, jakby jechał w jakimś wyścigu (tak czy siak nie miałem w oczach tyle strachu co przed granicą Peru, kiedy kierowca ciężarówki dusił ile wlezie, przysypiając na zakrętach). Dojechaliśmy do Piury w mgnieniu oka, a później zostałem jeszcze podwieziony do miasteczka obok, na szybkie zwiedzanie i odwieziony na wylotówkę w kierunku Chiclayo – jak widać w Peru też można spotkać naprawdę miłych ludzi.
Nocuję na couchsurfingu u właściciela hostelu, więc jakby w hostelu tylko za darmo. Pierwszego dnia był tu też chłopak z Californi (będą znajomości jak pojadę w tamte okolice), więc wybraliśmy się wszyscy do muzeum kultury Sipan (dla Cezara był to 20sty raz!). Na początku standardowo przysypiałem, ale później nawet mnie to trochę zainteresowało. Wydaje mi się, że ludzie mocno się w tamtych czasach nudzili, w końcu nie było Facebooka, ale dzięki temu powstawały dzieła, które wymagały niesamowitych pokładów cierpliwości – stroje, naczynia czy ozdoby złożone z tysięcy drobnych części. Niestety aparat i telefon trzeba było zostawić w schowku przed wejściem.
Wieczorem poszliśmy na kolację do włoskiej pizzerii i pomimo, że wolałbym coś lokalnego to nie oponowałem, gdyż pizza chodziła za mną od dłuższego czasu. Nie wiem co ludzie specjalnego tam widzą, ale staliśmy prawie godzinę w kolejce przed lokalem, czekając na stolik. Było chyba 5 rozmiarów – wzięliśmy największą, familijną i przynieśli placka wielkości polskiej "dużej". Na początku myślałem, że przyniosą jeszcze jedną albo dwie i się myliłem – ciekawe jak wyglądała najmniejsza. Ktoś powie, że nie liczy się ilość tylko jakość – w smaku była dość dobra, ale nic specjalnego, a na pewno nie na tyle, żeby tworzyć takie kolejki – ot zwykła pizza.