Posted from Cajamarca, Cajamarca, Peru.
W Ameryce łacińskiej są bardzo liczne rodziny. Host u którego mieszkam, ma np pięcioro rodzeństwa, ale spotkałem już kilka osób, które miały aż 13-14! I pomimo, że ludzie nie są zamożni, to nie widzą w tym żadnych problemów, każdy jest szczęśliwy. W sumie z jednej strony to fajna sprawa, muszę o tym pomyśleć 😉
Byłem w Baños del Inkas, czyli gorące źródła. Przyjemne miejsce ale na kąpiel się nie skusiłem pomimo iż byłem przygotowany – jakoś nie ciągnęło mnie do ponownego moczenia się przez kilka godzin, po ostatniej wizycie w Baños w Ekwadorze (chyba zapomniałem o tym napisać).
Przeszedłem się po mieście i przyznam, że wzbudziło mój podziw. Bardzo spodobał mi się plac Plaza del Armas, który występuje w większości Peruwiańskich miast, oraz dwa pobliskie kościoły, prezentujące się niczym zamki. Pięknie wyglądało to w dzień, a jeszcze lepiej oświetlone w nocy – kombinacja żółtego i białego światła, daje na starych murach piękne efekty.
Następnego dnia wybrałem się na wycieczkę do Granja Porcon.
Nie znalazłem "zwykłego" transportu, więc zaryzykowałem wykupienie wycieczki z przewodnikiem i zostanie turystą. Pani w kasie przechrzciła mnie z Marcin na Morfin (uznam to za komplement), a kiedy usłyszała nazwisko, stwierdziła, że jednak imię wystarczy 😉
Już w busie zagadała mnie starsza, sympatyczna kobieta z Chiclayo – była z synem, myślę że nie dużo młodszym ode mnie. Tak jej się spodobało moje imię, że powtarzała je przez cały pobyt, a na koniec dała swój numer telefonu i zaprosiła w odwiedziny jeżeli będę w okolicy (nie doszukujcie się podtekstów).
Co do samego miejsca miały być zwierzęta, więc spodziewałem się jakiegoś rezerwatu, ale okazało się, że bardziej przypomina to ZOO. Tempo zwiedzania było dość szybkie jak dla mnie, bo w przeciwieństwie do muzeum, mógłbym tam spędzić cały dzień. Zatrzymując się przy niektórych okazach na dłużej, musiałem później dogonić resztę, pomijając przy okazji niektóre zwierzęta.
Ogólnie chętnie bym te zwierzęta wypuścił i oglądał na wolności. Parę razy miałem ochotę przypie*dolić jednej czy drugiej osobie za "drażnienie lwa", albo wrzucić do tej klatki niech się wtedy popisuje, a nie przez kraty, ale się powstrzymałem co by mnie nie deportowali przed ujrzeniem Machu Picchu. Swoją drogą to postaram się niebawem wrzucić wpis o niedźwiedziu, czyli jak to się zaczęło.
John jest bardzo przyjacielski, jak i cala jego rodzina, wobec czego w Cajamarca spędziłem kilka dni więcej, ale daruję opisywanie imprez – chyba nie muszę pisać, że latynoamerykanki zajebiście ruszają się na parkiecie (mężczyźni pewnie też, ale nie przywiązywałem takiej uwagi).
Bym zapomniał – byłem też na cmentarzu i wygląda to całkiem inaczej niż u nas. Groby przypominają bloki mieszkalne, niektóre są jakby bardziej "prywatne", oddzielone niczym domki, a tylko nieliczne przypominają te europejskie czy też polskie. Akurat odbywał się pogrzeb – tu dużej różnicy nie widziałem poza piękną, meksykańską muzyką, graną na żywo przez panów w sombrerach..