Posted from Cotopaxi Province, Ecuador.
W Ekwadorze byłem już w Otavalo – poleciła mi to miejsce para z dzieckiem (meksykanin, boliwijka, a dziecko urodzone w Ekwadorze), poznani w przydrożnej knajpie. Miasteczko tak mnie zachwyciło, że spędziłem tam aż godzinę, idąc na wylotówkę. Może trafiłem w mało interesujące rejony, może pogoda nie była najlepsza, a może zupa była za słona – nie wiem, nie wnikam.
Udałem się do Quito – standardowo wielkie, zatłoczone miasto, przenocowałem nawet nic nie zwiedzaljąc i ruszyłem dalej do Latacunga. Tam poznałem kanadyjkę, która powiedziała mi o punkcie na równiku, który jest na przedmieściach stolicy. I faktycznie – wcześniej jadąc na stopa do Quito, kierowca powiedział mi o tym miejscu. Nie wiedziałem co to jest ale je sobie zapisałem. Jednak przez to, że chyba nabieram wstrętu do dużych miast, nawet nie chciało mi się ruszyć dupy. Tym sposobem będąc w Latacunga, poświęciłem cały dzień na podróż do Mitad del Mundo (środek świata) i z powrotem. Szczerze to skusiła mnie chyba głównie pieczątka w paszporcie z tego miejsca 😉
Następnego dnia pojechałem z poznanym meksykaninem do Laguna de Quilotoa. Zameldowaliśmy się w pierwszym lepszym hostelu, gdzie jak się okazało jednym z "właścicieli" jest słowianin – w końcu mogłem z kimś pogadać praktycznie po polsku, choć wcześniej nie podejrzewalem, że język słowacki jest aż tak podobny do polskiego.
Kiedy poszliśmy zobaczyć krater, miejsce przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Powalające widoki z góry, a jeszcze lepsze po zejściu na dół, gdzie było dużo cieplej i mniej wietrznie. Woda co chwilę zmieniała kolor, wraz z ruchem słońca (ziemi oczywiście), do tego niezbyt zróżnicowana lecz dość egzotycznie wyglądająca roślinność, cisza i spokój. Mógłbym tam chyba zamieszkać, choć przydałoby się trochę internetu i winda na górę, bo schodzi się, a nawet zbiega całkiem szybko i przyjemnie, lecz gorzej z powrotem.
Na zakończenie dnia, miejsce uraczyło mnie najpiękniejszym dotychczas zachodem słońca, a następnie milionem gwiazd, widocznych dzięki niewielkiej ilości świateł w okolicy. Udało mi się też w końcu zrobić pierwsze zdjęcie drogi mlecznej. Szkoda ze nie z dołu krateru, ale chyba nie dałbym rady wrócić.
Ogólnie cholernie wieje i jest bardzo zimno, wiec spędziłem tam tylko jedną noc, śpiąc w ubraniu pod pierzyną, bo piecyk niewiele dawał. Dodatkowo dziewczyna, z którą byłem w pokoju suszyła na nim ręcznik, który stanął w płomieniach i przed pójściem spać zadymił cały pokój, wiec prócz zamarznięcia, miałem obawy przed uduszeniem/zaczadzeniem.
Dalej udałem się do Baños – małe ale bardzo turystyczne miasteczko. Pełno aktywności – od raftingu po skoki na bunji, jednak mi przez te kilka dni, udało się jedynie wybrać na "chustawkę na końcu świata". Na zdjęciach wygląda bardziej "przerażająco" niż jest w rzeczywistości.
Wcześniej poznany kolega zawitał do tego samego hostelu i od początku wydawało się, że ma jakieś problemy. Jak w Quilotoa sam się upił i udawał, że jest tylko zmęczony, to jeszcze mogę zrozumieć, ale jak kolejnego dnia łyknął 5 vicodin'ów i ledwo przytomny leżał na łóżku to już tak średnio. I w drugim przypadku już nie chodzi mi o to, że się nie podzielił.
Niestety Ekwador mi nie służy – nie wiem czy jedzeniem czy wysokością, ale chyba trzeba będzie się stąd ewakuować. Chorowałem w Quito, Laguna de Quilotoa i również w Baños. Pomimo, że to ostatnie leży najniżej, bo na wysokości 1800m, to Baños po hiszpańsku znaczy tyle co "toalety", wiec może nazwa zobowiązuje..