Ayahuasca ceremony

Posted from Ipiales, Narino, Colombia.

W czasie przejażdżki na trucku, przeszło mi przez myśl czy nie wracać, bo nie wiem czy coś ciekawszego może mnie jeszcze spotkać, a dzisiaj boję się myśleć co przyniesie jutro..

Jeszcze będąc w Ipiales obudziłem się lekko w szoku i przerażony. Śniło mi się, że leżałem jakby martwy, choć widziałem się z tej właśnie leżącej perspektywy, jednocześnie byłem też obok i zastanawiałem się jakie wybrać kwiaty. Później śniła mi się siostra jak była mała, przytulała się do mnie, patrzyła mi w oczy i płacząc coś mówiła..

W Ekwadorze zatrzymałem się po drodze w jednym z miasteczek. Miałem jechać od razu dalej, ale miejsce wydało mi się ładne, czyste i przyjazne, więc zacząłem poszukiwania hostelu. Google maps niewiele pokazywało, ale w końcu coś znalazłem i dzwonie do drzwi..

Otworzyła kobieta +/-40 lat, bardzo sympatyczna, ale mówi z niepewnością, że spodziewa się grupy gości, a po chwili dodaje, że ma się tu odbyć jakaś specyficzna impreza.. jestem jednak otwarty na nowe doświadczenia więc mówię, że mi to nie robi różnicy, postaram się nie przeszkadzać, a jak będzie możliwość to chętnie się nawet przyłączę.

Nie była przekonana, ale weszliśmy do środka. Poznałem jej męża (dość wysoki, długie włosy związane w kucyk, trochę wychudzony na twarzy), oraz kobietę (na oko z 50 lat, cera zniszczona, jara szlugi jeden za drugim, a na grzbietach stóp ma jakieś tatuaże) jak się później okazało – szamankę. Wszyscy mnie chyba zaakceptowali, więc dostałem cały pokój w cenie łóżka i zostałem oprowadzony po lokalu.

Hostel wydawał się być całkiem spory, połączony z domem i myślę że spokojnie mogliby pomieścić tam jakieś 20 osób, jednak tego dnia byłem tylko ja, jakiś chłopak (około 28 lat), wymienione osoby i dwoje dzieci, chłopcy 12 i 14 lat (nie licząc dużego kudłatego psa i ładnego syjamskiego kota). Wystrój bardzo przytulny – kolorowo, różne ozdoby, ogródek z drzewkami avocado oraz kaktusami (San Pedro), leżaki, krzesełka, a także w kącie pod dachem stolik zapełniony farbami i obrazkami na płótnie (dość abstrakcyjnymi).

Gdy wziąłem prysznic i się ogarnąłem, powiedziano mi, że ma to być ceremonia Ayahuasca. Wiedziałem o tym jedynie tyle, że jest to silny halucynogen. Wspomniał też o tym jeden ze spotkanych wcześniej podróżników, który mówił, że bardzo chciałby spróbować, ale nie zainteresowało mnie to wtedy.

Szamanka opowiedziała mi wszystko od postaw – napój Ayahuasca ("pnącze dusz") jest miksturą 2 roślin (z czego jedna zawiera uzupełniające drugą DMT), jest gęsty i pachnie jak wino. Wiele osób zastanawiało się kto i jak odkrył, jakie to mają być rośliny i w jakich proporcjach, ale podobno szamani dowiedzieli się tego od samych roślin. "Lekarstwo" (Medicine) – bo tak była najczęściej nazywana mikstura – pozwala leczyć nie tylko ciało, psychikę ale i duszę, przenieść się do innych wymiarów, zobaczyć jaki jest wszechświat, odkryć siebie, uleczyć i ogólnie doświadczyć odmiennych stanów świadomości. Po spożyciu bardzo naturalne są wymioty lub potrzeba załatwienia się, wiec nie można za dużo jeść tego dnia, również ze względu na lepsze działanie lekarstwa.

Dodatkowo zacząłem wertować internet w poszukiwaniu informacji na temat owego specyfiku i dużo różnych rzeczy można przeczytać. DMT istnieje w naszym organizmie naturalnie, jest wytwarzane w czasie snu, a także podobno w bardzo dużym stężeniu podczas śmierci, więc spożywając napój, możemy jakby doświadczyć jej namiastki. Ceremonia bywa też nazywana "odrodzeniem". Lekarstwo leczy również uzależnienia i depresje. Nie wiem co jest prawdą, a co nie, ale można doszukać się powiązań z moimi snami. Poza tym okazuje się, że ludzie z całego świata przylatują do Ameryki Południowej specjalnie w takich celach i płacą za to grube pieniądze.

Stwierdziłem jednak, że nie czuję się chory i jestem za mało świadomy działania czy też efektów ubocznych lekarstwa, by eksperymentować. Nie chciałem też żadnych innych specyfików typu wciąganie tabaki, bo jednak nie jestem zbyt ufny, nie znam ludzi i nie mam pewności co to faktycznie jest.

Mimo wszystko zostałem zaproszony do "kręgu", czyli mogłem siedzieć ze wszystkimi i obserwować bez spożywania, co zdarza się niesamowicie rzadko, bo rytuał jest bardzo osobistym przeżyciem (był to 2 raz w życiu szamanki). Zarówno gospodyni jak i szamanka były przekonane, że zapukałem do tych drzwi, akurat w ten dzień nie bez powodu, że to znak, że tak miało być itp.

Przybyły jeszcze 3 osoby – starsza kobieta, którą wszyscy nazywali mamą, mężczyzna (trochę podobny do gospodarza) i dziewczyna – ciemnoskóra, puszysta, na oko dwadzieścia parę lat, bardzo sympatyczna. Był to również jej pierwszy raz, wcześniej brała udział w jakichś rytuałach, ale nie Ayahuasca.

Wieczorem, około 21 usiedliśmy w ogrodzie dookoła ogniska, była pełnia (nie jest niezbędna do rytuału, ale była "błogosławieństwem"). Szamanka rozłożyła przed sobą na kwadratowym kocyku rekwizyty – pióra, zioła, zapaliła świecę i zaczęła rozrabiać tabakę w kubku z wodą – z tego co widziałem wyszły takie trochę kluchy. Puściła kubek w obieg, by każdy mógł ją wciągnąć do nosa – otwiera to nozdrza, umysł i pozwala lepiej działać medycynie. Między czasie podziękowała wszystkim i każdemu z osobna za przybycie i uczestniczenie. Później o zgodę na parę słów, poprosiła starsza kobieta – wygłosiła skierowane do mnie, dość długie przemówienie. Mówiła o Polakach, że dużo się od nich nauczyła, trochę o swoim życiu, o Ayahuasce (która jest też nazywana babcią wszechświata i wszystko wie), a także podziękowała mi za obecność. Wydaje mi się ze była Niemką, ale nie mam pewności. Bardzo dobrze mówiła po angielsku (jak i wszyscy inni).

Szamanka zaśpiewała "sekretne pieśni", odprawiła jakieś modły nad butelką z miksturą, chuchnęła do jej środka jakby wyziewała ducha, a następnie zaczęła nalewać lekarstwo do kieliszka (na moje oko jakieś 75 ml, bo ani to 50 ani 100). Pierwszy kieliszek wylała do ogniska, a kolejne podawała uczestnikom, ze słowami "dużo błogosławieństwa", pytając wcześniej ile chcą wypić (podobno nie każdy szaman pyta, niektórzy wiedzą ile powinno być od duchów) i za każdym razem "chuchając" do kieliszka. Najpierw wypiła gospodyni (cała miarka), później dzieci – nalała jakieś 20ml, ale młodszy chłopak poprosił o więcej (średnio drugie tyle), bo "ostatnim razem działanie było za słabe". Starszy nie protestował, a ja podziękowałem. Reszta osób wypiła również pełny kieliszek. Lekarstwo jest bardzo niedobre w smaku, wiec zaraz po wypiciu, każdy dostawał łyżkę miodu dla osłody (kieliszek był jeden i łyżka do miodu też).

Po zaserwowaniu wszystkich (również siebie), zaczęła śpiewać pieśni z rytmiczną "grzechotką" (instrumentem muz.), a następnie grzechotka poszła w obieg i każdy mógł coś "zaśpiewać" – często nie były to pieśni, a jedynie jakieś mniej lub bardziej melodyjne nucenie, gwizdanie, huczenie i inne odgłosy. Nie czułem weny, więc za to również podziękowałem. Po około 10 minutach (może nawet mniej) dziewczyna pobiegła do toalety. Kiedy wróciła do kręgu, zaczęła trochę jakby ciężko oddychać, jęczeć oraz szlochać. Następna do toalety była gospodyni, a po dłuższym czasie (w różnych odstępach) również reszta prócz dzieci i starszej kobiety. Później już mało kto chodził do toalety – były przygotowane foliowe torebki, które zbierano z zawartością w jednym miejscu, by później je chyba w jakiś sposób zniszczyć – w końcu to zło i choroby.

Gospodyni usnęła na ziemi owinięta w koc (było dość chłodno) i ledwo było ją widać w ciemności. Starsza kobieta spała na krześle i przyznam, że z białymi włosami, w dużych okularach, opatulona kocami w centki, wyglądała dość przerażająco – tylko czekałem aż dostanie jakichś konwulsji lub zacznie wydawać z siebie dziwne, demoniczne odgłosy.

Między czasie były śpiewane pieśni przy różnych instrumentach, a do ogniska wrzucano zioła, czasami bardzo ładnie pachnące. Miały one takie zadania jak np. ochronę, poprawę pamięci, czy też ściągnięcie uczestników na ziemię, gdy wydawało się, że oddalają się za bardzo od naszego świata. Dym był wahlowany na uczestników piórami kondora, otrzymanymi od innych szamanów – nauczycieli. Trochę żaru zostało też nabrane do naczynia na łańcuchach (jak na kadzidło w kościele) i po dodaniu ziół, wahlowane na każdego z uczestników.

Kiedy ktoś odpływał za daleko, lub wydawał się mieć złą "podróż", szamanka brała do ust roztwór tabaki, płukała nim gardło i opluwała/spryskiwała osobę potrzebującą pomocy – najczęściej 3 razy, na całe ciało zaczynając od głowy lub twarzy. Niektórym również wpryskiwała ów roztwór z ust bezpośrednio do nosa (oczywiście po wypłukaniu gardła).

Po kilku godzinach zaczęła się druga kolejka – niektórzy mieli dość, inni wypili mniej, a reszta jeszcze jedną pełną miarkę.

Dzieci leżały, trochę chichotały, przysypiały, a młodszy chłopak kilka razy mówił jaki czuje się szczęśliwy. Starszy wyszedł trochę wcześniej, z godzinę przed końcem i poszedł spać (jako jedyny nie wymiotował). Młodszy na sam koniec poczuł się źle i zaczął wymiotować, po czym padł jak błoto (leżeli na materacu). Szamanka zaczęła odprawiać nad nim jakieś obrzędy z ziołami i tabaką i zaczął kontaktować, a po chwili poczuł się lepiej.

Na zakończenie ceremonii, szamanka nad każdą osobą kilka razy dzwoniła "dzwonkami" połączonymi sznurkiem, które brzęczały po zderzeniu ich o siebie (były bez tego "dzyndzla", który jest w standardowych dzwonkach). Przesuwała je brzęczące nad ciałem każdego uczestnika, przekazując jakby energię.

Po zakończeniu niektórzy wymieniali się doświadczeniami, ale zdecydowana większość była bardzo "szczęśliwa". Szamanka juz na samym początku widziała "tunel" między nią, a dziewczyną, dziewczyna widziała cały wszechświat, a starsza kobieta była chyba w dżungli – widziała jaguara i małpy (po raz kolejny).

Po takiej ceremonii można wziąć udział w "Vision Quest". W piątek idzie się do świątyni, a stamtąd każdy jest prowadzony w góry i "sadzony" (jak roślina). Za pierwszym razem idzie się na 4 dni i siedząc tak w górach bez jedzenia i wody, ani żadnego kontaktu z cywilizacja, jedynie z butelką "soku" z San Pedro (kolejny halucynogen), można łączyć się z naturą, pracować nad sobą i doświadczać wizji. W następnych latach idzie się na 7, 9 i 14 dni. Można wtedy zabrać ze sobą również trochę wody i owoców w zależności od czasu trwania.

Po spotkaniu poszedłem zmarznięty spać. Następnego dnia szamanka wspomniała, że widziała mnie jako stróża/opiekuna, który czuwał nad uczestnikami. Usłyszałem też, że jestem "jednym z nich" i jakbym zmienił zdanie to jestem bardzo mile widziany czy to na kolejnej ceremonii, czy w świątyni, wspomagając osoby w górach, czy też na "Vision Quest"..