Zdecydowałem się zostać w Cuenca jedną noc dłużej. Przypomniałem sobie, że jest tu w okolicy park narodowy – Cajas (czyt. kahas), więc dzisiaj po śniadaniu się tam wybrałem.
Po dotarciu na miejsce trzeba się zarejestrować – podać dane osobowe, wstęp jest wolny. Trochę się kręciłem po tym ośrodku, bo nie wiedziałem jaką wybrać trasę, jak się będę czuł itp. (4000m) – między czasie przez chwilę zakręciło mi się w głowie, więc miałem obawy. Szukałem też jakichś cukierków z koką, ale mieli tylko herbatę w torebkach. Dokupiłem więc tylko trochę czekolady, bo w jakieś bułeczki i wodę zaopatrzyłem się już wcześniej.
Wybrałem wstępnie ścieżkę na "Trzy krzyże", ale i tak poszedłem jakimiś bezdrożami tam gdzie mi pasowało. Piękne widoki – góry, jeziora, spokój, cisza i gdzieniegdzie pasące się lamy. Żałuję, że nie wziąłem harmonijki, bo byłaby świetna okazja pouczyć się grać, ale tak jest za każdym razem, więc delektowałem się ciszą, krajobrazami i smakołykami 😉 Trochę szkoda też, że nie było mgły, bo w końcu mógłbym się na spokojnie wyżyć w kwestii tego typu fotografii, ale jeszcze będzie okazja.
Po powrocie do punktu informacyjnego, poszedłem na przystanek. Para Europejczyków czekała na autobus, a ja, żeby darmo nie siedzieć, zacząłem łapać stopa. Zatrzymało się dwóch mężczyzn pickupem – zapytałem czy do Cuenca i wsiadłem. Oglądam się, a za mną pcha się ta para 😉 ale zmieściliśmy się więc ok. Okazało się, że kobieta ze Szwajcarii, a mężczyzna z Austrii – podróżują po Ekwadorze. Na koniec kobieta dała kierowcy jakieś pieniądze – tym lepiej.
Tak się udało, że wysiedliśmy w centrum, akurat koło muzeum i miejsca, w którym są wyrabiane kapelusze – postanowiłem zajrzeć. Przeszedłem się tędy, tamtędy, oglądam się, a za mną stoi para Włochów, z którymi mieszkam 😉 Cuenca to wcale nie takie małe miasto, ale zbieg okoliczności dość spory. Parę godzin później, mijałem też parę z autostopu.
Poszedłem coś zjeść, a później przejść się po mieście i zrobić jakieś zdjęcia w dzień. Jak juz wcześniej się zapowiadało miały być jakieś manifestacje, pozamykane niektóre drogi itp. Faktycznie centrum było jakby odcięte – na końcu każdej uliczki stały barykady, a za nimi policjanci. Niektórzy przepuszczali ludzi tylko wychodzących, niektórzy w obu kierunkach, a inni wcale.
Na jednej z uliczek była rozłożona scena i muzyka na żywo – taka impreza plenerowa. Ładna pogoda, każdy uśmiechnięty, więc trochę odpocząłem na ławce, na głównym placu. Jak rzadko kiedy, ładnie pachniało kwiatami – coś jakby bez.
Przeszedłem się znowu po okolicy i juz miałem iść w kierunku domu (umówiłem się z Anitą i Ricardo), ale dostrzegłem w uliczce większy tłum z flagami i banerami, więc wypadało zrobić zdjęcie. Nie wiem dokładnie czego dotyczyło to całe zajście, podobno coś w związku z obecnym prezydentem czy też rdzennymi mieszkańcami – jeszcze nie znam tak dobrze hiszpańskiego. Na początku było spokojnie, ale później zaczęły się okrzyki i poleciały różne przedmioty w kierunku policjantów na koniach. Były również palone flagi oraz zamieszki między samymi demonstrantami. Zaczęło robić się coraz bardziej gorąco i byłem spóźniony, więc teleportowałem się do domu, dając się skusić po drodze na świeże truskawki i białą czekoladę (tak, znowu).
Wieczór minął spokojnie – włoska kolacja (raz jeszcze pyszny makaron), rozmowy i wymiana doświadczeń oraz wrażeń z podróży. Mam kilka dylematów gdzie się wybrać, a co odpuścić, ale może jakoś to ogarnę, a jak nie to samo się ogarnie.
Póki co idę spać, a rano ruszam dalej, prawdopodobnie do Vilcabamba, gdzie ludzie żyją najdłużej na świecie, a jak się uda to od razu Peru.
Odnośnie języka hiszpańskiego – operuję różnymi nazwami, ale czyta się je często inaczej niż pisze. V czyta się jako B, H jest nieme, J czyta się jako H, LL jako J lub DŹ/Ź, CH jako CI, a C jako K lub S. Mam nadzieję, że nic nie pomieszałem.
A tak się bawi Ekwador