Posted from Vereda La Violeta, Cauca Department, Colombia.
Wyjeżdżając busem z Cali na wylotówkę, policjant gonił przez ulicę jakiegoś typa – gdy wbiegli w osiedle, słychać było 2 strzały..
Z Cali do Popayan dostałem się "przecinakiem" 😉 momentami było trochę ciężko siedzieć i balansować z plecakiem, ale zrobiliśmy jedną przerwę na świeży sok serwowany przez miłą kolumbijkę i jakoś przetrwałem – nawet nie wiem kiedy zlecialo.
Później jak na ironię zabrało mnie dwóch Caleños (chłopaków pochodzących z Cali) – Kolumbijczycy są przyjaźni, ale słyszałem, że Ci z Cali to już najbardziej, no i faktycznie aż ciężko uwierzyć 😉 wzięli mnie do kabiny na trzeciego – pomimo iż było ciasno. Miałem szukać hostelu, ale William zaproponował, że jadą do jego mamy, więc mnie przekima.
Wjechaliśmy w jakąś boczną, górską drogę – ciemno jak nie powiem gdzie, dookoła las, po drodze mijamy maszerujących, uzbrojonych żołnierzy z plecakami.. gdzie oni mnie wiozą, myślę nawet nikt mnie nie znajdzie. Ale z drugiej strony zachowywali się bardzo przyjaźnie, wiec co się będę na zapas stresował – pozwól rzeczywistości być rzeczywistością. Zajechaliśmy do hmm.. nie mogę nawet powiedzieć, że wioski, bo były to 3 domki + kapliczka.
Mama Williama zrobiła pyszną i obfitą kolację – ryba z ryżem i frytkami + świeży sok, nawet nie wiem z czego – rrrricooo! (w Kolumbii je się dużo ryżu, praktycznie ze wszystkim – z ziemniakami, frytkami, jajkami, w empanadas..). Kolacja gotowana oczywiście na kuchni w której pali się drewnem. Cicho jak makiem zasiał, spokojnie, brak internetu, ledwo trochę prądu gdzie niegdzie, prysznic z wodą prosto z rzeki (ale już praktycznie po ciemku) – miałem dość miast i voilea, lepiej nie mogłem trafić ;D trochę posiedzielismy, pogadaliśmy i w kimę, bo o 6 ruszamy dalej.
Wstaliśmy zgodnie z planem, ale nikomu nie spieszyło się jechać. Najpierw zebraliśmy wiadro mandarynek, później worek pomarańczy, zobaczyłem jak rośnie kawa, dowiedziałem się jak się ją zbiera, suszy, praży, mieli i jak smakuje. Nie piję kawy, ale nie mogłem podarować – nie jest taka czarna jak u nas, wygląda jak mocniejsza herbata lub kawa inka, i jak inka smakuje.. lekko słodzona "panelą" – pycha.
Do tego zobaczyłem jak rośnie, suszy się i smakuje kakao – wygląda to jak orzechy laskowe (bez zielonej łupiny), jednak po zdjęciu brązowej skórki są czarne i smakują dosłownie jak gorzka czekolada 🙂
Zjedliśmy smaczne (i znowu obfite) śniadanie, William umył auto i ruszyliśmy w drogę. W El Bordo mieli dostarczyć zamówienia na chemię do kilku sklepów, więc pomogłem im to rozładowywać. Tak sobie popracowałem ze 3 godziny i ponieważ dochodziła 12 to się pożegnałem, dostałem trochę mandarynek na drogę i ruszyłem na spacerek z kciukiem w górze..