Granica Wenezuela – Kolumbia

Posted from North Santander, Colombia.

04.07.2015

Coś długi post mi wyszedł.. jak coś to omijajcie akapity 😉

Ciężko było wyjechać z Wenezueli.. pomijając wczorajsze spóźnienie, złapaliśmy dzisiaj busa kolo 8 rano.. po około 2 godzinach już przekroczylismy granicę, jednak musieliśmy się wracać, bo trzeba wbić w paszport wyjazd z Wenezueli i wjazd do Kolumbii. Ogólnie nikt tego nie sprawdza, wiec każdy musi się zatroszczyć osobiście. Stwierdziliśmy jednogłośnie, że darujemy sobie atrakcje typu nielegalny pobyt w Kolumbii.

Tym sposobem wracaliśmy z buta kilka kilometrów do ostatniego miasta przed granicą i spędziliśmy 1,5 godziny w kolejce.. w południe.. na słońcu.. w temperaturze około 40st. Szukałem zalet w tym przeżyciu (tak jak staram się we wszystkim co mnie wku*wia) no i pierwsza to taka, że doświadczyłem na własnej skórze jak im się stoi w tych ogromnych kolejkach (momentami myślałem ze zemdleję). A druga? Jest weekend, więc pokazały się piękne Wenezuelki.. 😉 poza tym tak wyrobiliśmy się z hajsem, że musieliśmy pożyczyć 1 Bolivara (1 grosz) na znaczki do pieczątki wyjazdowej (kosztującej 320bs/2szt) 😉

Między czasie, pojawił się sprzedawca lodów (te pałeczki z zamarzniętej wody z sokiem), które oczywiście rozeszły się jak świeże bułeczki. Nam też się udało, bo poczęstował nas typek, z którym gadała Marta – bez tego chyba bym zszedł na tym słońcu.

Woda nam się skończyła, wiec wracając na granicę, udało się kupić 4 kubeczki świeżego, pysznego, pomarańczowego soku za 1 dolara. Głód póki co przeszedł sam.

Na granicy (jeszcze jak jechaliśmy za pierwszym razem, busem) sprawdzali bagaże. Weszła piękna hmm.. chyba już Kolumbijka, wiec z przyjemnością pokazałem jej moją torbę. Oczywiście ciemnozielony mundur od stóp do głów, kamizelka kuloodporna, a jako wisienka na torcie… 1,5 cm, kwieciście kolorowych paznokci (bardzo ładnych zresztą) 😉

Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy? K* jak tu pięknie! Kiedyś porównałbym to do granicy Polski z Niemcami, ale dawno tamtędy jeździłem, więc pomińmy. Jakbym nie wiedział, to bym pomyślał, że jestem gdzieś na jakiejś Florydzie czy coś w tym rodzaju. Palmy, piękne posiadłości, świetne drogi.. zresztą już na granicy widać było, że ludzie są lepiej poubierani w markowe ciuchy itp.

Za drugiego dolara złapaliśmy autobus z granicy do Cùcuty. Dochodzi 14 i w końcu jesteśmy. W mieście juz jest bardziej podobnie do Wenezueli, ale mimo wszystko lepiej, no i lepiej/spokojniej się też czuję, choć to pewnie trochę dlatego, że każdy nas tak przestrzegał żeby uważać w Wenezueli (juz od Curaçao).

Od razu poszliśmy coś zjeść.. okazuje się, że tutaj rządzą całe kurczaki z różna. Trafiliśmy jednak na jakąś "Panaderię", i pomimo iż nie było żadnych "empanadas", skusiliśmy się na jakieś bułeczki i picie. Starsze małżeństwo – właściciele – byli tak mili, że zaraz zaczęła się gadka, pozwolili nam zostawić bagaże żeby się przejść po mieście, a później ta kobieta nawet poszła z nami na dworzec, żeby spróbować załatwić tańsze bilety (niestety bezskutecznie).

Zdecydowaliśmy się złapać stopa. Godzina drogi pod górkę z buta, żeby dostać się na wylotówkę. 2 godziny stania i… to nie ma najmniejszego sensu. 8 na 10 aut to taxi, bus lub inny przewoźnik. 1 na 10 pełne i 1 na 10 się nie zatrzymuje. W sumie to tych taxi chyba było nawet więcej – ciężko było wyciągać rękę, żeby nie pomyśleli, że to do nich.

Między czasie podszedł typek sprzedający paliwo (stoją przy drogach z kilkunastoma karnistrami i lejkami – takie "polowe" stacje benzynowe, momentami nawet co 20 metrów), a później drugi i trzeci. Marta tak się rozgadała, że przynieśli nam po Coli, a później jeszcze dali jej kasę na bilet powrotny do miasta 🙂

Po powrocie problem z kupnem biletów. Wymieniłem tylko $20, które miałem i łącznie z kasą Marty jeszcze mi brakowało. Próby płacenia kartami zakończone niepowodzeniem (utworzyła się już dość spora kolejka), a bankomat na drugiej stronie miasta, ale nie ma wyjścia – juz wieczór, a niebawem odjeżdża ostatni autokar. No to jazda.. zajrzeliśmy do wspomnianej piekarni i zgodnie z planem zaproponowano nam znowu zostawienie bagaży. Do bankomatu 7 przecznic, choć po ich przejściu i zapytaniu o drogę, standardowo dochodzi jeszcze kilka (szukając na granicy miejsca, gdzie dają pieczątki, 3 lub 4 razy miało być "4 pszecznice dalej"). Mogliśmy jednak podziwiać nocne życie Kolumbijczyków – naprawdę kwitnie. Pełno pubów z muzyką, dyskoteki, przydrożni sprzedawcy z grillami (kurczaki, kiełbaski, pieczone ziemniaki), panie do towarzystwa – każdy znajdzie coś dla siebie.

Po powrocie dostaliśmy jeszcze po drożdżówce i poszliśmy na dworzec. Juz czekając z biletami na autokar, poznaliśmy jakąś rodzinkę. Dziewczyna tak się rozgadała, że zaczęła nam pokazywać zdjęcia całej rodziny łącznie z dziadkami, babciami i kuzynami, a jak odjeżdżaliśmy to tak się żegnali, stali i machali, jakbyśmy spędzili u nich conajmniej tydzień. Ludzie są tu tak dobrzy (jak dotychczas), że masakra. Już wcześniej przeczytałem, że w Kolumbii jest gościnność, o której w Polsce się już tylko mówi, ale po tym jednym dniu, to jest wręcz nie do pomyślenia.

Nie chcę zapeszać, ale juz pierwszego dnia jestem pod ogromnym wrażeniem tego zniesławionego kraju. No i Kolumbijki.. wprawdzie jest weekend, ale wydają się być jeszcze piękniejsze niż Wenezuelki – zobaczymy jak dalej.

Tymczasem jesteśmy w drodze do Santa Marta i powinniśmy być na rano, wiec spróbuję zasnąć..