Posted from Bogotá, Bogota, Colombia.
Przeszedłem się po centrum i pojechałem do hosta. Na przystanku zagadałem jakiegoś starszego typa czy można kupić bilet w busie – niestety trzeba kartę, ale zaoferował się, że mogę jechać na jego. Dobrze znał angielski, wiec całą drogę opowiadał mi co mogę zobaczyć oraz spróbować do jedzenia, a po dotarciu na miejsce, dodatkowo poszedł ze mną, żeby upewnić się ze trafiłem. Między czasie wymieniliśmy się kontaktem i niedługo później dostałem maila z najciekawszymi miejscami 😉
Andres – typ u którego nocuje, jest bardzo spoko, zajmuje się tworzeniem grafiki i filmików, poza tym bardzo lubi muzykę – gra na gitarze i perkusji. Ostatnio wziął się za nagrywanie, więc miałem okazję trochę posiedzieć w studio, a między czasie również podziwiać lekcje baletu.
Dzisiaj obudziłem się o 7 (jakoś nie mogę ostatnio pospać), ale poleżałem jeszcze z Elą – kocicą, która też tam mieszka, zebrałem się i poszedłem na miasto. Miałem zrobić rundkę po muzeach, kościołach i innych obiektach, ale są rzeczy ważne i ważniejsze – zacząłem od znalezienia konwertera z amerykańskich 110V na 220V. Ładowarka do telefonu i aparatu działa na obu napięciach, ale niestety nie maszynka do golenia, więc w czapeczce, taki zarośnięty, wyglądam jak jakiś Chuck Norris (no dobra pochlebiłem sobie).
Okazuje się, że w Bogocie są wręcz dzielnice tematyczne. Jak ktoś potrzebuje części do motocykla, to idzie do takiej dzielnicy gdzie ma jakieś 5 całych ulic (nie przesadzam, może nawet więcej) zapchanych po brzegi, takimi właśnie pierdołami do dwukołowców. Szukasz sprzętu AGD? Idziesz parę ulic dalej i masz to samo – do wyboru, do koloru. Wprawdzie nie było łatwo znaleźć tego co szukałem ani tym bardziej dogadać się po hiszpańsku, ale dałem radę, a jak trafiłem w końcu do dzielnicy z elektroniką to mieli to w prawie każdym sklepie.
Pogoda była dość sprzyjająca, więc po zakupach zamiast łazić po muzeach, wybrałem się na górę, na której jest kościół i widok na całe miasto. Spędziłem tam resztę wieczoru, bo Bogota jest dość szaro-bura, a z góry wygląda dużo lepiej, szczególnie wieczorem. Poza tym mam już trochę dość tego zgiełku i spalin (w drodze powrotnej aż mnie łeb od nich rozbolał).
Obecnie jednak raczymy się już z Andres i jego kuzynem, kolumbijską Aguardiente.. ¡Salut! 😉