Posted from Bolivar, Colombia.
*sorry za mieszanie czasów w postach, ale piszę je czasami w trakcie, czasami po fakcie*
Przejazd z Barranquilli do Cartageny idzie (póki co) bardzo sprawnie. Zaliczyliśmy juz 4 autostopy, w tym jeden na przyczepie pickupa – zajebiście ;D – i jeden w przeciwnym kierunku, bo zajechaliśmy za daleko. Jesteśmy w połowie drogi, przy "wulkanie" Totum, gdzie główną atrakcją są kąpiele w błocie. Nie wiem co ludzie widzą w tym fajnego, ale to zdecydowanie nie mój typ rozrywki. Jakbym chciał, to bym pojechał na wieś czy nad jezioro, zrobił błoto wymarzonej konsystencji i taplał się cały dzień, a nie leciał do Ameryki Południowej, ale różni ludzie, różne potrzeby 😉 Marta jest zadowolona, jedziemy dalej.
Złapaliśmy jeszcze jeden stop, a ostatnie kilka kilometrów pokonaliśmy busem (20km/h, żeby zabrać jak najwięcej pasażerów), bo złapała nas ulewa.
Jesteśmy w Cartagenie 🙂
Idąc przez miasto minęliśmy chyba połowę tutejszych slumsów i bardzo tłocznych ryneczków, na których można kupić wszystko. W końcu doszliśmy do jakiejś galerii, z której przy okazji odpoczynku kończę tego posta i zabieramy się za szukanie noclegu.
Przy okazji.. rozmawiając z jednym z kierowców o daniach jakich trzeba spróbować w Kolumbii, pomyślałem sobie o polskich daniach – kurcze, ile bym dał za dobry bigos, pierogi czy zupę pomidorową ;D
W busach zawsze jeździ kierowca + naganiacz, który co chwilę drze mordę dokąd jedziemy i zbiera ludzi (bus zatrzymuje się dosłownie wszędzie – dzisiaj zauważyłem jak staliśmy na zakazie "zabierania pasażerów"), a później zbiera też hajs.
Sprzedawcy wsiadając do busa zawsze najpierw wygłaszają krótką przemowę niczym na mównicy, później rozdają pasażerom towar (bransoletki, ciastka, bułki, czekoladki), a następnie informują o cenie i zbierają kasę lub zabierają rozdane wcześniej fanty.
Na zdjęciu kolejka do jeziora, po błotnej kąpieli 😉