Autostop z Guerilla?

Posted from Ibagué, Tolima, Colombia.

Kilkakrotnie zmieniałem zdanie czy zostać jeszcze dzień lub dwa w Bogocie, czy jechać dalej. Andres zaczął się śmiać, że fajnie byłoby mieć możliwość tak sobie decydować, ale chcieć to móc – kwestia podejścia. Doszedłem jednak do wniosku, że mam dość wielkich miast. Spakowałem się, pożegnałem i ruszyłem w stronę przystanku.

Google maps pokazało mi drogę na wylotówkę z dwoma przesiadkami, przy czym po pierwsze ciężko ocenić gdzie się przesiąść, a po drugie jeżeli to będzie niebieski autobus, to trzeba kartę, którą oddałem Andres. Już przeszła mi przez myśl nawet taksówka (których zawsze unikam), jednak gdy tylko dotarłem na przystanek, podjechał bus z nazwą dzielnicy do której zmierzałem i zawiózł mnie dokładnie w miejsce, gdzie planowałem łapać stopa 😉

3 pasy nie działają na korzyść autostopowiczów. Po krótkiej wędrówce zatrzymało się jednak 2 typów ciężarówką. Trochę pogadalismy o mojej podróży, pośmialiśmy się, spoko muzyka. Głównie gadałem z jednym, który znał trochę angielski, zastanowiło mnie jednak, że gdy 2 razy zapytałem o partyzantkę, ten odwrócił głowę i udawał, że nie słyszy. Nie wiem czy tatuaże typu gwiazdy na ramionach albo spory wojskowy plecak mają z tym jakiś związek, ale mniejsza o to..

Wysiadłem przed Girardot, skąd zabrał mnie kolejny stop w okolice Ibagué. Tutaj niestety utknąłem na noc, bo pomimo prób ciężko coś złapać wieczorem, a ściemnia się niestety dość wcześnie. Idąc kompletnie ciemną drogą w kierunku cywilizacji, towarzyszyły mi migające co chwilę w różnych miejscach świetliki, oraz odgłosy świerszczy i tym podobne – chyba potrzebuję więcej natury.

Zastanawiałem się nawet czy nie ominąć Cali, bo sprzecznie z moim wyobrażeniem jest to znowu duże miasto (3. największe w Kolumbii), ale jak juz jestem w okolicy to chyba jednak tam wstąpię, co by później nie żałować. Tym bardziej, że może uda się zorganizować wspomniany wolontariat.

Przy okazji – kto jeszcze nie zaprosił znajomych na bloga??