Wenezuela – piękny kraj :)

Posted from Caracas, Capital District, Venezuela.

Ożeszjapier*ole. 🙂

Sorry, ale w tym momencie tylko utwierdziłem się w tym, że lepiej nie dało się tego wyrazić 🙂 Jak Venezuela się bawi to nie mam pytań – masakra! 😀 ale po kolei..

Lot spoko, tak krótki, że nawet nie zdążyłem wypełnić 2 formularzy imigracyjnych. Po wylądowaniu, już lotniskowy autokar przywitał nas latynoską muzyką. Na lotnisku oczywiście pełno naganiaczy – taxi, hotel, kantor, kto co chce. Skusiliśmy się wymienić dolary na venezuelskie bolivary. Za 80$, dostaliśmy na czarnym rynku (kurs 1$ = 400bs) kilka plików setek i pięćdziesiątek po 100 sztuk. Dla porównania jakiś batonik w maszynie kosztuje 20bs, autokar z lotniska do miasta – 80bs, obiad w knajpie 300-400bs, czyli jakieś 3-4zł). Szczerze to nie mogłem uwierzyć i szukałem haczyka, ale bezskutecznie. Ciężko było to wszystko pokitrać po plecaku i kieszeniach. Na oriencie obeszliśmy lotnisko dookoła by znaleźć wiarygodny transport do miasta – stary autobus, okna przyciemniane i zakryte (na stałe) zasłonami (auta mają przyciemniane szyby często łącznie z przednią). Autokar wlókł się mozolnie po tych wszystkich wzniesieniach, ale widoki były niesamowite, wliczając gdzieniegdzie ruiny i "burdel". W końcu dojechaliśmy..

Miasto tętni życiem i to na wysokim ciśnieniu. Z moich doświadczeń mógłbym porównać je do Bangkoku i Londynu, ale to inny świat i inny poziom. Jest bardzo dużo starych aut z silnikami 4L+ (jest takie zanieczyszczenie powietrza, że czasami czuję jakbym miał przy twarzy rurę wydechową) i nie dużo im brakuje do moich wyobrażeń o Kubie. Poza tym klakson to chyba główna funkcja samochodu. Wszyscy się pchają, motocykli często nie dotyczy czerwone, wiec Marta zrezygnowała z pomysłu wypożyczania samochodu, pomimo iż paliwo jest chyba jednym z najtańszych na świecie.

Na chodnikach miejscami są niewyobrażalne kolejki, z tego co widziałem do banków i autobusów. Zrobiłbym zdjęcie, ale ludzie na nas patrzą jak na chodzącą atrakcję turystyczną.

Wybraliśmy się do parku.. park ma tyle schodów, że na ostatnim poziomie/placu (oczywiście z pomnikiem Simona Bolivara) byliśmy na równi z wieżowcami. Widoki zapierają dech w piersiach – miasto jest otoczone zielonymi Andami, na których zboczach, często są "masy" kolorowych domków. Po drzewach chodzą jaszczurki, latają papużki.

W drodze powrotnej mijaliśmy jakaś plenerowa imprezę – ludzie śpiewają, tańczą, bawią się. Poszliśmy do hotelu (tak, dzisiaj hotel) przebrać się i zostawić rzeczy, ale nim się zebraliśmy, wszyscy pomału się rozchodzili. Wracając, usłyszeliśmy jednak dźwięki innej zabawy – wstęp wolny, rwąca do tańca salsa na żywo i pełno wesołych, uśmiechniętych ludzi, w każdym wieku, którzy bawią się i tańczą w jej rytm – bosko! Gęba sama się śmieje 🙂 jako, że wyróżniamy się jako "Gringos", ludzie podchodzą, zagadują, uśmiechają się, stawiają piwo – ciężko to wszystko opisać. Marta była tak rwana do tańca, że ledwo mogła co jakiś czas chwilę odpocząć – oczywiście sami gentelmeni, najpierw chwila rozmowy (po hiszpańsku) ze mną, bo wyglądamy na parę. Ja również dostałem lekcję salsy od pięknej latynoski – nie było lekko, ale zabawa przednia 😉 juz pierwszego dnia pokochałem ten kraj i czuję, że po tej podróży jeszcze tu wrócę – so far, so good.

Zmęczeni wróciliśmy do hotelu i po ogarnięciu się, ja zasnąłem pisząc tego posta, a Marta jeszcze trochę się męczyła rozplatając warkoczyki. Odnośnie hotelu – jest usytuowany w centrum Caracas, skąd wszędzie jest blisko, standard pokoju dość niezły, gdzieniegdzie biega tylko czasami jakiś mniejszy lub większy karaluch, ale za 22 zł za pokój dwuosobowy za noc??? Przedłużyliśmy rezerwację o jedną noc dłużej.

Kończę ten post już po przebudzeniu się (obecnie 8.40 rano), ale spróbuję jeszcze zasnąć..