Posted from Willemstad, Curaçao, Curaçao.
Po śniadaniu zaczekaliśmy na busa do wspomnianego parku, niestety przespaliśmy przystanek i wylądowalismy znowu na plaży (ogólnie wszystkie plaże na które trafiliśmy były cholernie kamieniste, wiec do wody wchodzi się jak po tłuczonym szkle). Trochę kąpieli, podziwianie rybek i żółwi i próba złapania stopa – 3 sekundy (słownie trzy) i zatrzymuje się kobieta wypożyczonym autem, która jest tutaj pierwszy dzień. Robi kilka zdjęć i jedziemy dalej z nią, zatrzymując się w każdym lepszym miejscu po drodze, a nawet błądząc po różnych polnych drogach – lepiej niż taxi 😉 Krajobrazy niesamowite, aczkolwiek wyspa ogólnie jest cholernie sucha (z tego co się dowiedziałem to za rok będzie wilgotno i zielono, ale nie zamierzam czekać).
Po rozstaniu z Martiną, zabiera nas mieszkanka Curaçao. Chcieliśmy zobaczyć jakiś fajny zachód, wiec wywiozła nas kawałek od głównej drogi, gdzie praktycznie nikt nie jeździ i zapowiadał się długi powrót z buta z plecakami. Ogólnie tak się martwiła, że podała swój numer, żeby w razie czego dzwonić, i wzięła mój, żeby sprawdzić czy wszystko ok (tak, tak, dobrze się domyślacie o co naprawdę chodziło). Z zachodu niestety porażka (pod koniec gęste chmury) ale gdy tylko zebraliśmy się do powrotu z tego zadupia, pojawiła się i zatrzymała starsza para, by nas zawieźć na lotnisko.
Podsumowując w ciągu 2 dni jechaliśmy 5 razy na stopa, nigdy nie czekając dłużej niż 5 minut! Ludzie są bardzo mili i chętni do rozmowy. Ogólnie wyspa dupy nie urywa, jeżeli ktoś przyleci na tydzień do hotelu all inclusive i chce się podsmażyć na słońcu to nie widzę przeszkód, ale to samo można mieć w Europie.. poza tym to raczej nuda.
Tymczasem juz jesteśmy na lotnisku – rano wylot do Caracas 🙂