Posted from Bari, Apulia, Italy.
Po krótce – wyruszyliśmy z Zamościa 20 sierpnia o północy i po 8 godzinach byliśmy w Katowicach. Tam dojechali do nas Ania i Andrzej, udaliśmy się na lotnisko, a dalej do Bari we Włoszech.
3 dni zwiedzania i chilloutu i między czasie, dzięki Andrzejowi cały wyjazd zyskał motto – „z podniesionymi rękami jest jeszcze zabawniej!”. Teraz jak coś jest nie tak, to wystarczy podnieść ręce ;D
Wczoraj Ania z Andrzejem udali się do Neapolu, a ja, z małym podróżnikiem w stronę Sycylii. Droga na wylotówkę zajęła nam jakieś półtorej godziny (trzeba się znowu przyzwyczajać do ciężaru plecaka), ale od razu po wyjściu z miasta, gęba sama mi się uśmiechnęła. Większą część czasu szliśmy przez ogrody oliwne, gdzie nie omieszkałem spróbować (niedojrzałych) oliwek. Pomijając winogrona i figi, trafiliśmy na jakieś dziwne orzechy. Szybka degustacja i okazuje się, że to migdały! Jedna z moich ulubionych przekąsek i to prosto z drzewa! Radości nie było granic ;D
Kiedy doszliśmy do punktu, który według mapy mieliśmy nadzieję „przeskoczyć”, okazało się, że jest to ślepa uliczka, z murami na 2,5 metra wysokości, oraz bramą, z której po chwili wyszedł starszy, miły włoch mówiący po angielsku.
Zapytał czego szukamy i po wyjaśnieniu, zaoferował podwiezienie do punktu poboru opłat na autostradzie (dobre miejsce na stopa). W międzyczasie mieliśmy okazję poznać jego 8 (słownie: osiem) dużych, ładnych psów – piękny widok 🙂
Na miejscu spędziliśmy jakieś 15 minut i gdy już zacząłem się niecierpliwić, stwierdziłem, że trzeba podnieść ręce do góry.. zatrzymało się pierwsze auto! ? Rino zabrał nas do Roseto Capo Spulico, gdzie ma wakacyjny dom. Poznaliśmy jego rodzinę, a żona przygotowała pyszny obiad – spaghetti. Niby zwykły makaron z pomidorami, ale jesteśmy we włoskim domu, więc smakuje lepiej 😉 Gdy już się najadłem i popijam własnej produkcji wino, gospodyni przynosi kurczaka z sałatką.. a później jeszcze owoce i na koniec kawę. Zważając, że dodatkowo pomogłem jeść Ilonie, to byłem tak pełny, że z domu dosłownie się wytoczyłem.
Dalej podwiózł nas Andrea, który jak się okazuje, ma żonę polkę 😉 wysadził nas na odludnym skrzyżowaniu i pomimo, że nie bardzo było gdzie zjechać, to nie trzeba było długo czekać, by zabrał nas kierowca ciężarówki – zatrzymał się na środku skrzyżowania, za nim korek samochodów, ale hello! Jesteśmy we Włoszech!
Przenocowaliśmy w San Ferdinando, skąd o świcie miał nas zabrać kolega Salvatore już prosto do Katanii. Niestety nie pojawił się, wiec pobudka o 4 rano i rezygnacja ze śniadania średnio się opłaciła. Dalej już cały dzień było pod górę.
Nieprzespana noc, zmęczenie, problemy z łapaniem stopa, ciężkie plecaki, pozamykane lub drogie B&B, brak odpowiedzi na rezerwację z Airbnb i to piękne, sycylijskie słońce, dające ponad 30°C w cieniu. Jedyny miły akcent to nektarynki gratis od młodego mężczyzny, sprzedającego owoce (chcieliśmy je kupić).
Na szczęście gdy dzień się kończył, udało się znaleźć normalny hostel, ze starymi, dobrymi, 12-osobowymi pokojami. W końcu można się umyć i odpocząć.
Dobranoc
—
Kilka faktów:
– we Włoszech najczęściej spotykane noclegi to Bed & Breakfast, zlokalizowane w blokach/mieszkaniach. A Włosi jak to Ania ujęła, to cholerni opie*dalacze, więc 90% B&B nie otwiera i nie odbiera telefonów.
– Włosi jak wiadomo gestykulują, ale robią to nawet gadając przez telefon.. również ręką, w której ten telefon trzymają 😉
– w większości restauracji napiwki są wliczone – nie to, że jakiś procent od kwoty, tylko ustalona kwota od osoby, więc chcąc napić się piwa za 2 euro, może się okazać, że cały rachunek wyniesie powiedzmy 4 euro.
– piesi często mają 3 światła na przejściu, czyli tak jak samochody (czerwone, pomarańczowe i zielone), choć nie wiadomo po co, bo każdy i tak chodzi i jeżdzi jak chce – obowiązuje zasada „kto pierwszy ten lepszy” – jak nie nabierzesz nawyku „kamikaze”, to może być ciężko przejść przez ulicę