Szkocja czyli klub dla gejów i rytuały

Posted from Edinburgh, Scotland, United Kingdom.

Zaległości dalej nie nadrobiłem ale tak w skrócie to od lutego pracuję w UK, wróciłem do tej samej firmy.

Od kilku dni zastanawiałem się co robić na święta, w końcu długi weekend, 4 dni wolnego. Ponieważ bilety lotnicze drogie, chodził mi po głowie Paryż i transport blabla car. Kolejna opcja to domek nad morzem, do którego otrzymałem klucze na cały weekend. Siedząc jednak w czwartek wieczorem, doszedłem do wniosku, że większa przygoda będzie autostopem.. dokądkolwiek, a bardziej precyzyjnie – na północ 🙂

Moje mgliste plany zakładały, że jutro rano (w piątek) wyjdę na ulicę, złapię stopa i pojadę. Życie jednak wszystko zweryfikowało i kiedy już miałem iść spać, do drzwi zapukała Camilla. Przyniosła jakieś czekoladki wielkanocne i zaczęliśmy gadać..

Camilla: jakie plany na święta?
Ja: chce pojechać gdzieś na stopa, gdziekolwiek, w stronę Szkocji..
Camilla: wow, świetny plan. My za 2 godziny jedziemy do Sunderland [450km w stronę Szkocji, 100km od granicy], możemy Cie zabrać jak chcesz..
Ja: xD

Szybkie pakowanie i w drogę 😉

Do Sunderland dotarliśmy w środku nocy. Przenocował mnie Duggy, który mieszkał w pokoju obok mojego, ale skończył projekt i właśnie wrócił do domu.

Następnego dnia Andy, kolejny współlokator, podrzucił mnie do głównej drogi. Niestety ciężko w tamtej okolicy znaleźć dobre miejsce do łapania stopa. Udałem się wzdłuż autostrady i nim doszedłem do najbliższego parkingu, minęło ładnych parę kilometrów. Na szczęście pogoda dopisywała i wbrew wszystkim pesymistom, świeciło piękne, ciepłe słoneczko. Po drodze trafiłem m.in. na schronisko dla psów – jakbym miał możliwość zostać dłużej, to pewnie zapytałbym o pracę lub wolontariat 😉

Owy „parking” to tylko zjazd na pobocze, przy drodze szybkiego ruchu. Zakładałem, że chwilę mi tu zejdzie, wiec założyłem słuchawki i zacząłem grzebać w telefonie. W pewnym momencie się odwracam, a na drugim końcu parkingu stoi dziewczyna i macha – dobrze, że się obejrzałem. Swoją drogą ciekawe doświadczenie łapać stopa po prawej stronie.

Po dotarciu do Edynburga trochę zwiedzałem, jednocześnie szukając noclegu. Niestety powtórka sprzed roku w Amsterdamie – wszystko zabookowane na cały weekend (czasami nie uczę się na błędach.. choć raczej świadomie). Na couchsurfingu kilka odpowiedzi odmownych, ale jeden Polak napisał, że niby już kogoś u siebie gości, jednak może uda mu się coś zorganizować. Zasugerował bym zadzwonił po 17. Dzwonię.. nie odbiera. Dzwonie drugi raz – poczta. Trzeci, czwarty – to samo. Zbliżała się już 19, więc zacząłem sprawdzać nocne pociągi powrotne, a także dojazd na lotnisko – niezawodny hotel awaryjny.

Jako, że McDonald’s mnie nie skusił, wszedłem zagrzać się do kościoła. Posłuchałem chórku i znalazłem w piśmie świętym angielską wersję jednego z cytatów z mojej listy:

„Nie troszczcie się zbytnio o życie, macie co jeść, ani o ciało, macie się czym przyodziać. Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichrzów, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki.. […] Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.”

Mt 6, 25-34

Wobec tego olałem temat i się zrelaksowałem. W końcu dzwoni Marek i mówi, że niestety nie może mnie przenocowac.. gadał jednak z kolegą, który wprawdzie ma remont mieszkania ale może mnie przygarnąć na jedną noc 🙂

Olie mieszka z dwoma kolegami, przy czym jeden akurat był nieobecny, więc wziąłem jego pokój. Chwilę odpocząłem, zagrzałem się i ustaliliśmy, że idziemy pić. Było dobre, szkockie piwo i było też niedobre. W drodze do kolejnego pubu przyłączyły się do nas 2 osoby (Australia i Norwegia), a na koniec wylądowaliśmy w klubie dla gejów, gdyż wszystko inne było już zamknięte. Pedały się całowały i przytulały (ja pie*dole, a czego ja się spodziewałem), ale byli tam też normalni.. i dziewczyny.. i dziewczyny z ptakami pewnie też były, więc na wszelki wypadek obserwowałem cały ten burdel z dystansu.

Następnego dnia trochę połaziłem po mieście, pozwiedzałem i około 16 udałem się na lotnisko – niestety było za późno, żeby kupić bilet na ten sam dzień przez internet, więc musiałem pofatygować się osobiście. Cena wprawdzie taka sama jak na stronie (£80), jednak pani zażyczyła sobie opłatę rezerwacyjną w wysokości £20. O ile pierwszą kwotę bym jeszcze zapłacił, to już w tym przypadku z moich kalkulacji wynikało, że lepiej kupić bilet na następny dzień rano, za połowę ceny.

Wróciłem do miasta i kontynuowałem zwiedzanie, dzięki czemu trafiłem w kilka ciekawych miejsc, w których wcześniej nie byłem. Idąc ulicą, dużo osób wchodziło do jakiegoś budynku.. wszedłem i ja. W środku panował półmrok, były rozstawione krzesła, a przy wejściu każdy dostawał świecę (niezapaloną). Gdy wszyscy się już zgromadzili, przyszedł szaman oraz kilku mężczyzn i 2 dziewczyny. Miał na głowie czapkę z dziwnymi symbolami oraz długi kostur, jak jakiś czarodziej z Harrego Pottera. Wszyscy byli ubrani w białe peleryny.

Rozpalił w naczyniu, na stole ogień i zaczął wykonywać jakieś czary. Następnie zapalił świecę i wbijając w nią szpikulce jak w laleczkę woodoo, dalej wypowiadał zaklęcia. Wszyscy zaczęli odpalać od niego swoje świece i podawać ogień dalej, mamrocząc niezrozumiałe słowa. Palił też jakieś zioła i dymił nimi na wszystkich. Były śpiewane pieśni oraz powtarzane zdania, które wszyscy wypowiadali chórem, bez uczucia, jak roboty. Wyglądało to jak jakaś sekta naćpanych zombi.

Między czasie przyszła i usiadła obok mnie dziewczyna z indyjskim typem urody. Już idąc mało nie spaliła sobie włosów, a później zobaczyłem, że świecę miała zapaloną do góry nogami – od strony która była otoczona jakimś plastikiem (sic!). Poczułem się zobowiązany ogarnąć sytuację. Rozumiem, że roztargnienie bywa słodkie, ale… kontynuujmy.

Szaman zaczął odprawiać obrzędy nad malutkim dzieckiem. Polewał je czymś, jednocześnie wypowiadając zaklęcia – już zacząłem się obawiać, że chcą je złożyć w ofierze. Później to samo robił ze starszymi osobami.

Światło w końcu zostało zapalone i wszyscy podchodzili do pomocników owego kapłana, którzy podawali do spożycia coś białego. Obawiałem się spróbować, bo nie wiadomo co mi się będzie po tym działo. Może tak jak podczas rytuału w Ekwadorze, widzą gwiazdy, Boga i czują połączenie ze wszechświatem? Obawiałem się pytać.

Wszystko trwało około 2 godzin, a całość bardzo przypominała rytuał Ayahuasca, tyle tylko, że nikt chyba nie rzygał.. przynajmniej w trakcie. Po zakończeniu szaman wyszedł na zewnątrz z dwoma pomocnikami i wszystkich po kolei żegnali uściskiem dłoni, wypowiadając jakąś formułę, która brzmiała „happy easter” czy jakoś tak..

Po tych doświadczeniach aż zgłodniałem, a ponieważ nie znalazłem szkockich jajek, to zaliczyłem KFC (tak jakby lewel wyżej) i skierowałem się w stronę lotniska, by spokojnie zaczekać do świtu na mój samolot.

Wesołych Świąt!