Posted from Lima, Lima Region, Peru.
…cholernie pochmurne city.
Dotarłem w sobotę o świcie. I tak musiałbym czekać na Cezara, więc zamiast brać z dworca taxi lub busa, zrobiłem sobie dwugodzinny spacer przez miasto co by się wstępnie rozejrzeć. Zaczęło się mało ciekawymi, obskurnymi uliczkami, ale zbliżając się do bogatszych dzielnic, było coraz ładniej (czyli jak większość miast). Szczerze to nie miałem dużych oczekiwań, więc zostałem mile zaskoczony.
Pierwszą noc przenocował mnie chłopak, u którego mieszkałem w Chiclayo (przyjechał do Limy na weekend i miał wynajęty pokój w hotelu). Zrobiliśmy sobie rundkę po centrum historycznym, a wieczorem z jego znajomymi wyszliśmy na imprezę. Na początek karaoke w Atlantic City Casino – co z tego, że drogo jak i tak każdy idzie na sępa. Później przenieśliśmy się na dyskotekę, z której pamiętam głównie króla Sobieskiego.
W niedziele udaliśmy się z Cezarem na targi Mistura – chyba druga pod względem wielkości impreza gastronomiczna na świecie. Cały dzień chodzenia i próbowania (w ramach reklamy, bo wszystko dostępne do kupienia) pysznych wyrobów, od chlebów, sosów, wędlin, serów, poprzez czekolady, lody czy miód, aż po alkohole.. chyba wszystko co można wymyślić. Dodatkowo pełno stoisk z najróżniejszymi daniami i oczywiście tłumy ludzi. Spróbowałem np. lokalnego Lomo Saltado (mięso z cebulą + makaron) – niestety nic specjalnego, oraz Aji de Gallina (potrawka z kurczaka), ale wczoraj jadłem dużo lepsze (przyrządzone przez siostrę mojego obecnego gospodarza).
Kolejną noc spędziłem w backpackerskim hostelu. Wieczorem wyszedłem z dziewczyną z Kanady coś zjeść, a później zajrzeliśmy do parku obok. Na początku śmignął gdzieś między drzewami kot, później patrzę siedzi drugi, trzeci, dalej kilka śpi razem.. nie wiedziałem co się dzieje. Jak się okazało, w parku mieszka ich pełno, są dosłownie wszędzie – spacerują, śpią, chodzą po drzewach, łaszą się do przechodniów – coś niesamowitego. Myślę, że jest ich spokojnie około pięćdziesięciu! Podobno ktoś tam na początku porzucił kota, później ktoś jeszcze, aż stało się to naturalne. W pewnym momencie zaczęło to przeszkadzać księdzu z parafii obok i chciał je zlikwidować, jednak mieszkańcy nie pozwolili i ustalili dyżury aby je karmić i o nie dbać. Mają też weterynarza, który pilnuje ich zdrowia oraz kastruje itp. Uwielbiam koty, więc jak dla mnie genialne miejsce. Mimo wszystko trochę ich szkoda, bo widać, że jednak potrzebują "ciepła", szczególnie najmłodsze – gdy je tylko zaczniesz głaskać, od razu włażą na kolana i najchętniej opuściłyby to miejsce z nowym właścicielem.
Teraz mieszkam znowu na CS. Jadąc do mieszkania hosta, miałem strach w oczach – wiedziałem, że mieszka na obrzeżach miasta, a tam są raczej hmm baraki, fawele itp. Mijając te rudery tylko myślałem, żeby było w minimalnym stopniu normalnie, choć już nastawiłem się na najgorsze. Na szczęście dojechaliśmy do ładnego, strzeżonego osiedla, położonego między tymi wszystkimi "glinianymi" domkami – aż się ucieszyłem w duchu.
Jhony jest przewodnikiem turystycznym – dzięki temu, wczoraj udało mi się zaliczyć dwie wycieczki, na które zdecydowała się kobieta z Californi – powiedział jej, że ja wykupiłem te same i zaproponował wyjście wspólne. Najpierw "Lima City by night" – całkiem pięknie, szczególnie podobał mi się Reserve Park, w którym było pełno fontann oraz "Water Light show", a później "Pisco Pub Crawl" – nie wiem jak ludzie mogą płacić za tak durne rzeczy jak oprowadzenie po barach. Jeden był w sumie całkiem ciekawy – dostajesz Pisco (lokalny alkohol 42%), limonki, syropy, lód, napój i sam sobie komponujesz drinki – świetna sprawa. Na koniec wstawiony jeszcze wbiłem się na na jakąś imprezę, bo wzięło mnie na tańce i zostałem bardzo otwarcie przyjęty przez grupę na sali. Dzisiaj standardowo stwierdzam, że więcej nie piję.. no może tylko wino do kolacji, które zostało mi z Cascas 😉
Jutro, tak jak wcześniej z hostem z Trujillo, jedziemy odwiedzić rodzinę Jhona.
—
Tak ostatnio myślę, że jak przedtem podróżowałem na stopa i spałem w hostelach, tak ostatnio podróżuję busami, a śpię na CS.. szczerze to zaczyna mi się tęsknić za pierwszą opcją, bo można było poznać dużo więcej ludzi, a jak chciałem się poopier*alać, to tak właśnie robiłem. Na CS jakby nie patrzeć, spędza się większość czasu z hostami i jest się poniekąd od nich zależnym. Dodatkowo mam wrażenie, że wbrew pozorom wychodzi to drożej, bo zawsze chcą gdzieś wyjść – to restauracja, to impreza i na koszty nie patrzą tak jak podróżnicy, gdyż są u siebie i pracują. Podróż też się rozciąga w czasie bo siedzę po tygodniu w jednym miejscu, a tak naprawdę to Peru zaczyna mnie już pomału nudzić.
"As soon as something stops being fun, I think it’s time to move on. Life is too short to be unhappy. Waking up stressed and miserable is not a good way to live."
– Richard Branson – Screw it, let's do it