Fortaleza de Kuelap

Posted from Amazonas, Peru.

Spotkałem się już z różnymi "zabezpieczeniami" w autobusach, czy w sumie sam nie wiem z czym, ale np. przez autobus puszczana jest lista, aby każdy mógł wpisać swoje imię i nazwisko. Czasami przed wejściem do autobusu sprawdzany jest dokument tożsamości. W Wenezueli popularne było, że przed ruszeniem, po busie przechodził mężczyzna z kamerą i nagrywał wszystkie twarze. Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, dzisiaj jednak wsiadając do autobusu w kierunku Tingo, po okazaniu biletu musiałem zostawić.. odcisk palca! 🙂 i teraz mam brudny kciuk.

Droga pomimo, że dobrej jakości to tak kręta i wąska (ruch w obie strony odbywa się na szerokości jednego pasa), że autokar jechał max 50km/h, przy czym już przy 30, często miałem strach w oczach. Widoki na góry ponownie mnie oczarowały, a brak pobocza i przepaść za oknem, niejednokrotnie przyspieszyły bicie serca.

Po około 12 godzinach dotarłem do Tingo. Ruch znikomy, więc zamiast czekać, że coś nadjedzie, udałem się do Nuevo Tingo piechotą – oczywiście pod górę, z plecakiem. Dalej, po kilku godzinach czekania UDAŁO SIĘ zabrać z "taxi colectivo". Miasteczko i drogi tak puste, że na stopa nie było co liczyć – zabrali mnie jako 6 osobę. Za oknem dalej przepaść, a szofer wchodził w zakręty terenową Toyotą niemalże driftem, więc miałem ciąg dalszy wrażeń.

Dojechaliśmy do Kuelap. Znowu spacer pod górę, z góry i w końcu dotarłem do domu hosta, gdzie przywitała mnie jego mama. Roger uprzedził mnie, że jest to typowa, Peruwiańska chata, ale nie myślałem, że aż tak. Brak wody, brak toalety, a posiłki gotowane na ognisku w rogu "kuchni".

Pierwszą noc spałem w namiocie – w końcu udało się go przetestować, ale pełne ubranie, bluza z kapturem i śpiwór ledwo dawały radę. Dodatkowo w nocy nie wiem co tam chodziło, sapało i warczało, ale pies miał problemy by to przegonić, a ja darowałem sobie wyhylanie z namiotu by się przekonać. W końcu się uspokoiło.

Przebudziłem się nad ranem by ujrzeć morze gwiazd. Jeszcze przed przyjazdem liczyłem na piękne zdjęcia drogi mlecznej, niestety najpierw przeszkadzał jasny księżyc, a później ta schowała się za horyzontem. Na wschód słońca troszkę zapałem.

Drugą noc spałem w domu, ale gdyby nie to, że jedyny transport do Chachapoyas był o 5 rano, chyba zostałbym jeszcze raz w namiocie. Przynajmniej nie musiałem się zastanawiać czy nie chodzi po mnie jakiś szczur. Np. ten, który gdy kładłem się spać, zajrzał do pokoju z dziury w ścianie, na wysokości "sufitu". Pokój był wysoki na dwa piętra, jednak oddzielały je tylko belki i kilka desek co by szczury miały po czym chodzić. Podłoga to ubita ziemia, a ściany też coś w tym rodzaju. Nie zrobiłem nawet zdjęcia. Miałem dodatkowe dwa koce, a było zimniej niż w namiocie.

Pobudka o 4 i zbieram się, co by jeszcze zrobić fotki murów fortecy w nocy, na tle niezliczonych gwiazd. Gdy jednak Susana (mama hosta) pokazała mi zegarek – pół godziny później niż myślałem – okazało się, że trzeba biec. Gdzieś wcześniej przeczytałem, że w Peru jest przesunięcie czasu o pół godziny więc uznałem, że może ma rację – jeden bus dziennie, to nie będę ryzykował kolejnego dnia w tym miejscu. Wiec znowu biegiem pod górę z plecakiem – myślałem, że tam skonam. Jak się później okazało, mój zegarek chodził poprawnie, więc musiałem prawie godzinę czekać.

W Chachapoyas zrobiłem sobie w nagrodę dwa dni obijania w hotelu z ciepłym prysznicem. W sumie doszedłem do wniosku, że w tym Peru to cały czas się obijam i nie chce mi się nic zwiedzać ani robić – nawet nad Machu Picchu momentami się zastanawiam.

Zaraz jadę do Trujillo. Udało mi się tam znaleźć nocleg na CS, jak się okazuje znowu w hotelu. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział co to CS to podaje link: couchsurfing.com

P.S. Lubię łapać się na tym, że wszystko zmierza do spełnienia marzeń, o których zdążyłem już zapomnieć.. 😉