Posted from Chichiriviche de la Costa, Vargas, Venezuela.
Złapaliśmy busa do miasta Gueira, a stamtąd do Chichiriviche z jeszcze jedną przesiadką. W autobusie spotkałem chyba drugą osobę mówiąca po angielsku.. po 10 minutach rozmowy, wysiadając chciał zapłacić za mój bilet. Ogólnie ludzie są raczej mili i przyjaźni. Zawsze jak mamy problem, pojawia się ktoś i pyta czy może pomóc.
Cała droga ciągnęła się wybrzeżem po zboczach gór, więc widoki piękne. Wysiadając z busa, miałem wrażenie, że jestem na wyspie z filmu "The Beach" – mała wioska między górami, niesamowicie zielono, palmy, każdy uśmiechnięty, wszyscy się znają, latynoska muzyka, piaszczysta plaża i błękitna woda w zatoce.. nie wiem jak to opisać, żeby oddać choć częściowo urok tego miejsca.
Od razu poszliśmy zobaczyć plażę, a zaraz potem rozejrzeć się za zakwaterowaniem, co by mieć coś przed zmierzchem (mimo wszystko namiotu nawet nie opłaca się rozkładać). Zagadał nas jakiś typ – niski latynos w ciemnozielonym kapeluszu, przygarbiony, wyglądający na członka meksykańskich gangów. Zaprowadził nas do kobiety, która wynajmuje miejsca do spania. Tak nam się udało, że dostaliśmy dla siebie całe "mieszkanie" – 2 pokoje, aneks kuchenny i łazienka. Łącznie 5 łóżek. Cena? "Ile macie/co łaska". Daliśmy 1000bs i z tego co mówiła Marta, nie widziała żadnego grymasu na jej twarzy.
Rozpakowaliśmy się i poszliśmy na plażę. Marta chlapała się w wodzie i zaraz pojawił się obok niej jakiś amigos. Ja podziwiałem widoki siedząc na plaży. Na skałach wychodzących w głąb wody, wiele osób łowiło ryby. Za mną było bajorko, w którym chlapały się dzieci, trochę dalej domki i cholernie bujna roślinność, a to wszystko otoczone górami.
Niedaleko była grupka ludzi, którzy robili grilla, pływali i bawili się.. powoli, powoli i zaraz dookoła mnie stało z 15 osób. Jedna nawet coś tam ogarniała po angielsku, wiec było komu tłumaczyć. Pogadalismy, pośmieliśmy się, zapaliliśmy (z fajki wielkości cybucha – 2cm długości i tyle samo średnicy, zwężone bezpośrednio w ustnik). Było pozytywnie, pomimo iż wyglądali mi na cyganów. Rozeszliśmy się i poszliśmy coś zjeść.
W jednej z budek zamówiliśmy rybę (cóżby innego w takim miejscu) i trochę zatkało nas jak usłyszeliśmy cenę – 1040bs.. w sumie to 10 zł, za dwa dania, ale nie spodziewaliśmy się tego po wcześniejszych doświadczeniach i ledwo nazbieraliśmy tyle hajsu – oddaliśmy wszystko co mieliśmy w portfelach, łącznie z $1 Marty. Kiedy jednak inni czekający na posiłek, zaczęli dostawać swoje dania – np. siedząca obok para, zamówiła 1 danie na dwoje – wszystko się wyjaśniło. Jak się okazało "ryba" to cała ryba.. i to nie mała. Swoją drogą bardzo smaczna, podawana z pieczonymi bananami zamiast frytek, pomidorami i cebulką.
Po kolacji znowu wyszliśmy na plażę i z miejsca spotkaliśmy miłego dziadka, który już wcześniej nas zagadywal. Siedział sobie z całą rodzinką przy domku na plaży i zaprosił nas do przyłączenia się. Tak spędziliśmy resztę wieczoru.. częstowali nas piwem, spróbowalismy też kilku świeżo przyrządzonych lokalnych przysmaków. Marta wymieniała się doświadczeniami oraz szczegółami na temat naszych krajów, a ja próbowałem się dogadać na jakikolwiek temat po angielsku. Ludzie kojarzą tutaj takich Polaków jak Jan Paweł II, Wałęsa czy Błaszczykowski. Również kluby sportowe typu Legia czy Cracovia. Ze streszczenia całego wieczoru, dowiedziałem się nareszcie, że paliwo w Wenezueli kosztuje……. uwaga, uwaga… 2-3BS za 40 litrów!!!!! JA PIE*-DO-LE! Za 2-3 grosze – licząc po kursie dolara na czarnym rynku – tankujesz do pełna :O Mózg rozjebany. Okazało się też, że mieszkańcy zarabiają średnio w granicach 4000-15000bs.
(Dopisane 1.07.2015: dzisiaj patrzyłem jak tankował autokar – 170 litrów za 8 BS!!)
Po powrocie do domu (Marta zwróciła mi uwagę, że wszystkie miejsca w których nocujemy, nazywam domem), przywitali nas gospodarze w postaci jaszczurek na ścianach, pająków, czy też okazałych prusaków. Ale co się dziwić – bujna flora i fauna, a w oknach nie ma szyb – są kraty. W większości są też siatki lub przynajmniej zasłony.
Idziemy spać.. pozdrowienia z raju! Mam tylko nadzieje, ze nie obudzę się obok węża.. 🙂