Posted from Chichiriviche de la Costa, Vargas, Venezuela.
Skrzeczenie papug, hiszpański mieszkańców i jeżdżące motocykle przebudzily mnie już o 5 rano. Poleżałem do 9 i poszliśmy na plażę. Dziadek spotykany dzień wcześniej, zaproponował nam śniadanie – pyszna, nadziewana ryba ze smażonymi bananami i arepa (taka ichniejsza, płaska, okrągła bułka). Ponieważ ludzie żyją tu głównie z wynajmu pokoi, to zaproponował nam też, żebyśmy zostali na jedną noc dłużej ("czemu nie zostaniecie miesiąc?").
Siedząc kolejny dzień na plaży, doszedłem do wniosku, że mam chyba trochę ch*jowy plan na życie.. domek przy plaży z widokiem na morze, to – jak stwierdzam w chwili obecnej – je*ana, śmiertelna nuda. Słońce praży pionowo z góry, piasek jest tak gorący, że chodzi się jak po rozżarzonym węglu i nie wiem czy poza smażeniem się na plaży, piciem piwa i łowieniem ryb, można tu cokolwiek robić. Chyba nie do końca moje klimaty (albo miejsce nieidealne).
Idę z tego słońca, poczytam kurs nauki hiszpańskiego i pomyślę nad nowym planem lub dopracuję obecny..